Talenty błyszczą na peryferiach

Maja Staniszewska
2009-11-29 , aktualizacja: 29.11.2009 18:55
A A A Drukuj
Zaskakujący spokój za kulisami i szaleństwo na widowni. A na scenie ludzie z talentami i marzeniami. Podejrzeliśmy ich podczas sobotniego, ostatniego półfinału programu "Mam talent"
Mam Talent/TVN
Mam Talent/TVN
Mam Talent/TVN
ZOBACZ TAKŻE
>> Pies policyjny działa jak broń

Chyba nikt się nie spodziewa, że "Mam talent", telewizyjne show na żywo, które co sobota ogląda pięć milionów ludzi, powstaje w niedużym studiu na peryferiach miasta, gdzieś za torami kolejowymi i gęstymi chaszczami. Przy bramie czeka przedstawicielka producenta i kieruje wszystkich ku niebieskiemu światłu, które zapalono nad wejściem do studia Farat Film w warszawskich Włochach. Na parkingu roi się od wozów transmisyjnych, wszędzie leżą kable. Ale w szatni panuje porządek. Publiczność grzecznie stoi w kolejce do wejścia. Przy stoliku Edward Miszczak z TVN i reżyser widowiska Wojciech Iwański oglądają "Fakty". Tylko rodziny półfinalistów są naprawdę podekscytowane. Szykują transparenty domowej roboty, jeszcze szybko połykają ostatnie kęsy kanapek. W studiu jeść nie wolno, pić można tylko w czasie przerwy, a butelki muszą stać na podłodze, żeby nie było ich widać w kadrze.

Kiedy w końcu wchodzę do studia otoczonego czarnymi kotarami, jestem zaskoczona. Spodziewałam się czegoś większego. Na plastikowych krzesełkach, jak w amfiteatrze, siedzą 303 osoby. W telewizji wydaje się, że jest ich co najmniej cztery razy więcej. Niektórzy robią sobie zdjęcia ze stołem jury, ale nie siadają, miejsca zajęte są przez obsługę. Chodzi o to, żeby nikt nie naciskał słynnych czerwonych guzików, których brzęczenia boi się każdy występujący w programie.

Do godziny 20 zostało już niewiele czasu, do akcji wkraczają więc Marcin i Maciek, odpowiedzialni za entuzjastyczne zachowanie publiczności. Proszą o wyłączenie komórek i wyrzucenie gum do żucia. Żucie w telewizji wypada wyjątkowo źle. Kiedy publiczność się rozgrzewa, tupiąc i klaszcząc, ja idę zajrzeć za kulisy. Nerwówka, bieganie, pokrzykiwania, podarte w ostatniej chwili pończochy? Nic z tych rzeczy. Alexander Martinez, wokalista, relaksuje się w zacisznym kącie. Jedyną podminowaną osobą jest ochroniarz stojący pod drzwiami garderoby Małgorzaty Foremniak. Bez obstawy jurorzy (Foremniak, Kuba Wojewódzki i Agnieszka Chylińska) wchodzą jedynie na scenę. Chylińskiej zresztą silne ramię się przydaje - ma buty na tak wysokich obcasach, że trudno jej chodzić.

Show przebiega jak w zegarku. Prowadzący co chwila pojawiają się na innym balkonie sceny, Kuba Wojewódzki w doskonałym humorze częstuje jednego z widzów Red Bullem, a po występie Anny Gogoli, która zaskoczyła wszystkich zmianą wyglądu z dziewczyny z bazaru w rockową księżniczkę, studzi emocje, polewając publiczność mineralną z butelki.

W tym wszystkim ledwo odnalazł się zwycięzca półfinału, akordeonista Marcin Wyrostek z Jeleniej Góry. Niewysoki, łysiejący, kiedy się wita, patrzy w oczy. - To dla mnie abstrakcja, jak wygrana w totka. Chciałem tylko wystąpić jeszcze raz, żeby pokazać koncertowe możliwości akordeonu, bo to instrument wciąż kojarzony z weselami. Przekonałem producentów, żeby zagrać Bacha - mówi. Na swój sukces ciężko pracował. - Zaczynałem w zerówce, potem były dwie szkoły muzyczne i Akademia Muzyczna w Katowicach. Kiedy byłem młodszy, akordeon zajmował cały mój czas wolny, czasem to były 2-3 godziny dziennie, czasem cały dzień, a czasem, kiedy miałem natchnienie, zamykałem się w garażu i grałem do piątej rano, a potem szedłem do szkoły. Akordeon nawet czasami mi się śni - opowiada. Teraz Wyrostek ma mało czasu na ćwiczenie w samotności, wykłada bowiem na uczelni, prowadzi zajęcia dla dzieci, koncertuje, i to z trzema różnymi zespołami. Ma imponujący repertuar - od muzyki klasycznej, przez rozrywkową, klezmerską i folk, po tanga.

Za tydzień zobaczymy go w finale. O tym, kto z dziesiątki najbardziej utalentowanych wygra 300 tys. zł, będzie zależeć od publiczności.

Całe miasto trzyma kciuki

C.T. Group Fresh
Zatańczyli energiczny hip-hop i odpadli. Mimo że kibicował im Jacek Żukowski, kierownik domu kultury w Łomży: - Ćwiczą u nas i wiem, że przyciągają dużo dzieciaków. Są taneczną wizytówką Łomży, uświetniają rozmaite miejskie uroczystości, od plenerowych pikników po bardziej oficjalne, jak rozpoczęcie roku akademickiego.
Krzysztof Golonka
Przez siedem lat grał w piłkę w klubie Hart Tęgoborze, potem w Sandecji Nowy Sącz. Przed maturą przestał grać, a zaczął żonglować. Jego talent zachwyca Marię Świątkowską, kierowniczkę sklepu spółdzielni "Rolnik" w Tęgoborzu: Zgrabny taki i wysportowany, a do tego miły bardzo. Przychodzi do nas i wodę zgrzewkami kupuje, dlatego uważam, że więcej mu powinni na występie podawać, bo widać było, że chłopak potrzebuje. Nie wiedziałam, że takie rzeczy z piłką można robić. Powinien wygrać, bo fajny jest.
Anna Gogola
Kiedy nie śpiewa, doradza w wyborze gwoździ w sklepie żelaznym. Teraz jest na urlopie macierzyńskim i na ćwiczenia ma czas tylko wtedy, gdy babcia zabiera małą Anię Krystynę na spacery. Jej występ śledził Wojciech Bieszk, właściciel sklepu dziecięcego "Bobas" w Nowym Dworze Gdańskim: - Znam Anię jako klientkę, ale śpiewającą po raz pierwszy zobaczyłem ją w telewizji. Pół miasta oglądało potem ten program w internecie.
Ocelot Szarfa
Akrobaci ze Złotoryi mieli w półfinałach dwie reprezentacje. W sobotę wystąpiła para z szarfami, ale nie dopisało jej szczęście. Występ grupy oglądała pani Elżbieta Pałac ze złotoryjskiej cukierni: - Znam Szymona z grupy Ocelot, bo chodzi do szkoły z moją córką. Ta grupa jest bardzo znana w mieście. Te akrobacje to coś niesamowitego. Sama nigdy bym się nie odważyła na takie rzeczy, nawet jak byłam młodsza.

Mam słabość do tego programu

Z zazdrością obserwuję w internecie najdziwniejsze poczynania uczestników zagranicznych edycji. Śpiewające anielskim głosem karły, treserzy rasowych świnek, magicy albo ludzie-gumy z kolorowego zachodniego świata przestali jednak godzić w moją narodową dumę. Tegoroczna edycja polskiego "Mam talent" udowadnia, że niewiele odstajemy od średniej międzynarodowej. Pokłady nieokiełzanej pasji i sił twórczych tkwią w ludziach jak kraj długi i szeroki, a im dalej od stolicy, tym egzotycznych zdolności więcej. Emocje, a czasem nawet łezkę w oku wywołuje i pan Sylwester - gwiazdor lokalnego rynku wystukujący rytm ma łyżkach, i cygańska rodzina-orkiestra, i Filipińczyk Alexander Martinez, fryzjer zakochany w Polsce. Jasne że nigdy nie dowiemy się, ile prawdy jest w tych wyjątkowych ludziach, a ile TVN-owskiej reżyserii - wybielania zębów, układania wypowiedzi i choreografii. Telewizyjna bajka "od zera do milionera" była dużo ciekawsza na poziomie eliminacji, kiedy za naturszczykami nie stało nic oprócz ich nieokiełznanego talentu i chęci pokazania się światu. Półfinały, które mamy za sobą, i finał, który przed nami, to już inna historia. A ja mimo wszystko będę miała uczucie, że to nie jest kraj dla smutnych ludzi.
Edyta Błaszczak

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Podziel się

Jesteśmy na Facebooku! Lubisz nas?