>>
Hotel dla psa i kota - Jestem rozgoryczony tą imprezą. Wszystko rozgrywa się między Berlusconim, Obamą lub Chávezem. A gdzie nasza rzeczywistość: bogata, twórcza, ciekawa? - mówi w Radiu TOK FM krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski. Dziennikarz ocenia, że festiwal robią sieroty po Stalinie czy Mao, ludzie, którzy w dzieciństwie dotknęli jakiejś idei i dziś pokazują pusty świat. Najbardziej rozczarowani i oburzeni są sami Włosi. Hugo Chávez, prezydent Wenezueli, w towarzystwie 50 ochroniarzy i reżysera Olivera Stone'a , który nakręcił o nim entuzjastyczny film, wywołał falę oburzenia. "Chavez witany był jak gwiazda rocka, a jego fani byli w ekstazie" - pisało "Corriere della Sera". Komentator gazety stwierdził, że ludzie kina, którzy chylili czoła przed "początkującym dyktatorem", czcili jego mit, a nie rzeczywistość. Rzeczywistości nie pokazuje także - jak dodał dziennikarz - film Stone'a, w którym nie ma mowy o dławionej opozycji i terroryzowaniu dysydentów.
Najostrzej z festiwalem rozprawia się "Il Giornale", ogłaszając "śmierć Wenecji". Zdaniem komentatora dziennika to, co się tam dzieje, to "przypadek kliniczny". Sam festiwal gazeta nazywa "groteskowym karnawałem", imprezą, gdzie prezentowane są ciągle te same filmy. Publicysta "Il Giornale" ocenia: "świat może się zmienić, ale w Wenecji jest ciągle to samo: czerwone widma, antyamerykanizm, antykapitalizm i antyberlusconizm, dyktatorzy i populiści."
Na tymże festiwalu swoje najnowsze dzieło pokazał kontrowersyjny twórca "Fahrenheit 9/11" Michael Moore. Tym razem rozprawia się filmowo z kapitalizmem i (dosłownie) szuka pieniędzy, które on jako podatnik traci przez państwo. Amerykańskie media pytają, czy skojarzenia Moore'a i zamienianie skomplikowanych procesów ekonomicznych w lapidarne pytania rzeczywiście poruszą publiczność.
- Oglądamy dłużników banków, płaczących ludzi, wyrzucanych ze swoich domów i tych, którzy się buntują i przepędzają bankowego sekwestratora. Pewna kongresmenka namawia oszukanych klientów banków do stawiania oporu. Tych wszystkich scen można się było po Moorze spodziewać. Nad samym mechanizmem kryzysu przechodzi po łebkach - może dlatego, że Wall Street nie wpuszcza jego kamer, a specjaliści boją się u niego wystąpić, ale najpewniej dlatego, że go to nie interesuje. Cel filmu jest inny. Autor "Fahrenheita 9/11", szydząc z medialnej propagandy, uprawia własną antypropagandę. Uruchamia retorykę amerykańskiego idealizmu w wydaniu popularnym - pisze w "Gazecie Wyborczej" Tadeusz Sobolewski, ubolewając nad naiwnym podejściem Moore'a.
Mimo wszystko film amerykańskiego prowokatora można zobaczyć w Wenecji bez problemów. Natomiast wokół "Wideokracji" Erika Gandiniego, obrazu o imperium telewizyjnym Berlusconiego, narosła dziwna atmosferka. Aby obejrzeć ten film, trzeba stać w długich kolejkach albo zdobyć informację o utajnionych nocnych pokazach. Czy to nam czegoś nie przypomina? Tadeusz Sobolewski pisze wprost: - Zmora autorytatyzmu jest w życiu włoskim obecna, tyle że pojawia się teraz w kolorowej, rozrywkowej postaci. Ich symbolem jest rozbrajający telewizyjny uśmiech Berlusconiego - premiera i imperatora medialnego zarazem.
Jednak zarówno Moore'a i Gandiniego przyćmiła obecność Hugo Cháveza. Pierwsza w historii festiwalu wizyta przywódcy jakiegoś kraju, który przybył na pokaz filmu. - Patrzę w Wenecji na młodych ludzi, choć festiwal nie ma wielkiej publiczności, i zastanawiam się co z nimi, czy nie ma wśród nich jakiegoś nowego Herzoga albo Godarda. Gdzie jest ich kino? - pyta Tadeusz Sobolewski.