>>
Jamniki mają swoją paradę Kto wie, jak wyglądałaby historia kina, gdyby 46 lat temu Tony Tarantino nie porzucił ciężarnej Connie, gdyby ta z dwuletnim synkiem Quentinem nie przeniosła się z amerykańskiego południa do Kalifornii, gdyby piętnastoletni Quentin nie rzucił szkoły i nie wylądował na pięć lat w wielkiej wypożyczalni kaset video... Nastoletni Quentin Tarantino spędzał całe dnie na oglądaniu filmów i dyskusjach o nich z klientami. Oglądał wszystko, przyglądał się temu, co ludzie pożyczają najchętniej i kiełkowała w nim myśl o tym, że wkrótce dostarczy im takiej rozrywki, jakiej pożądają najbardziej.
W styczniu 1992 roku na festiwalu kina niezależnego w Sundance pokazał "Wściekłe psy" - opowieść o grupie gangsterów, którym nie udał się napad na jubilera. Niekonwencjonalnie brutalny i dowcipny film w ciągu jednej nocy zrobił z Tarantino gwiazdę. Dwa jego scenariusze natychmiast trafiły do realizacji - "Prawdziwy romans" wyreżyserował Tony Scott, a "Urodzonych morderców" Oliver Stone. Przed propozycjami wyreżyserowania m.in. filmu "Speed: niebezpieczna prędkość" Tarantino uciekł do Amsterdamu, gdzie dopracowywał swój kolejny scenariusz. "Pulp fiction" miał premierę na festiwalu w Cannes w 1994 roku. Nieoczekiwanie zdobył Złotą Palmę i zmienił kino. Nie wszyscy (także nasi) krytycy od razu połapali się, że mają do czynienia z czymś niezwykłym. Fenomenalne dialogi, nietypowi bohaterowie, niezwykła, nielinearna konstrukcja, plejada gwiazd oraz świetna ścieżka dźwiękowa sprawiły, że niemal cały świat oszalał na punkcie reżysera. Dla przeciwników jego filmy są zbyt brutalne, zbyt wulgarne, zbyt przegadane. Dla miłośników wszystkie wymienione wady zamieniają się w zalety.
Po sukcesie "Pulp fiction" było ciężko. Publiczność spodziewała się "Pulp fiction 2", a Quentin Tarantino nie lubi się powtarzać. Przed "Bękartami wojny" wyreżyserował trzy pełnometrażowe filmy i maczał palce w kilku innych. Jednak ani "Jackie Brown" (1997), ani dwuczęściowy "Kill Bill" (2003), ani połowa "Grindhouse" zatytułowana "Death Proof" (2007) nie powtórzyły sukcesu "Pulp fiction". Jak będzie z "Bękartami wojny"? Tarantino powiedział "New York Timesowi": "to nie jest film wojenny waszych tatuśków". Niemcy mieli swoje zastrzeżenia - w końcu dali pieniądze i udostępnili studio Babelsberg dla potrzeb filmu, w którym morduje się Niemców i to hurtowo. Po premierze okazało się, że "Bękarty..." się w Niemczech spodobały. W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie na blogach i forach dyskusja o tym, czy reżyser, zmieniając bieg historii, nie posunął się za daleko, bo przecież dzisiejsza młodzież gotowa jeszcze uwierzyć, że wojna skończyła się tak, jak on to pokazał. Zarzut niezbyt zrozumiały - dotyczy w końcu twórcy, który od początku kariery opowiada krwawe bajki. A jeśli nawet, to przecież młodzieży do końca w błąd nie wprowadza... Tarantino nic sobie z zastrzeżeń nie robi. Myśli nad dwoma kolejnymi częściami filmu. Jedna miałaby opowiadać o oddziale czarnoskórych żołnierzy wydanych na pastwę hitlerowców, druga - o ich powrocie do domu, do Stanów, i rozprawieniu się z Ku-Klux-Klanem.
"Bękarty wojny" ("Inglourious Bastards") USA/Niemcy 2009, scen. i reż.: Quentin Tarantino, wyst.: Brad Pitt, Christoph Waltz, Eli Roth, Diane Kruger Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl