Jego debiut powieściowy (wcześniej wydał zbiór opowiadań "Copyright") odbył się z dużym hukiem. "Lubiewo", historia o środowisku gejów lat 70. i 80., wywołała zachwyt czytelników. Była pierwszą tak odważną, bezpruderyjną i nieczołobitną książką o homoseksualistach w Polsce. Dzięki "Lubiewu" właśnie w 2006 r. Michał Witkowski został po raz pierwszy finalistą nagrody Nike (drugi raz rok później za zbiór opowiadań "Fototapeta").
Jego druga powieść, "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" to już majstersztyk. Zakręcona opowieść o właścicielu lombardu, próbującym zbić fortunę w czasach transformacji, miała w sobie wszystkie najlepsze cechy "Lubiewa" - niezwykły język i barwne postaci. Ale dodatkowo doskonale ukazywała absurd polskiej rzeczywistości późnych lat 80. i początku 90. "Barbarą..." Witkowski udowodnił, że nie jest tylko "pierwszym polskim gejowskim pisarzem", a jego twórczość wymyka się szablonom.
Z takim dorobkiem pisarz musiał czuć ciężar oczekiwań wobec trzeciej powieści. I zawiódł. Bo "Margot" to książka dobra, ale biorąc pod uwagę nazwisko autora, "dobra" to nie komplement.
Książka ma trzech bohaterów - tytułową Margot, wykonującą niekobiecy zawód kierowcy tira, świętą Asię od tirowców - niepełnosprawną dziewczynkę wysłuchującą przez CB radio zwierzeń kierowców oraz Waldka Mandarynkę - topowego pop-idola. Każde z nich przejdzie przemianę, bo właśnie "metamorfoza, transgresja, wielka zmiana" jest w zamierzeniu pisarza motywem przewodnim "Margot".
Brawa należą się Witkowskiemu za opisanie środowiska tirowców. On sam opowiada, że - by tego dokonać - "jeździł w regularne kursy tirem do Szwecji, (...) zatrzymywał tiry podając się za autostopowicza i spał w szczególnych motelach na wielkich tirowiskach koło Świecka...". Opłacało się.
Ale już część rozgrywająca się w znanej Witkowskiemu "warszawce" nie jest tak świeża. W opowieści Waldka Mandarynki, prostego rybaka spod Suwałk, który pnie się na szczyt sławy celebryty i zaraz potem z niego spada, nie ma nic, czego już gdzieś byśmy nie usłyszeli.
Atutem powieści pozostaje niezwykły język autora - żywy, ekspansywny, charakterystyczny rodzaj "strumienia świadomości". Tu odnajdziemy perełki - odwołania do współczesnych zdarzeń i prowokacje (wyłuskajcie choćby fragment o Madzi Buczek).
- Myślę, że moi czytelnicy będą zadowoleni, odnajdą w "Margot" dużo klimatów znanych im z poprzednich książek - mówi Witkowski. - A ponieważ jest to chyba najłatwiejsza w czytaniu z moich książek, myślę, że znajdą się także nowi czytelnicy - dodaje. Ale właśnie ta łatwość jest największą wadą "Margot". Przez nią całość sprawia wrażenie niedoróbki. Jakby pisarz dopiero się rozkręcał, zaczynał właściwą opowieść, ale z niewiadomych powodów urwał w jednej trzeciej.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl