>>
Coś z niczego - zabawki dla oszczędnych Zanim jednak tam dotrzemy, warto - na wypadek pytań cioci o gdańską "klasykę" - przejść pod Złotą Bramą. To zabytek wprawdzie mocno popularny, ale niezaprzeczalnie piękny. Zaprojektowana przez architekta Abrahama van den Blocke, zbudowana w 1612 r. Złota Brama dzisiejszego turystę może zainteresować przede wszystkim rzeźbionymi personifikacjami najcenniejszych dla Gdańska wartości, od zewnątrz widać "Pokój", "Wolność", "Bogactwo" i "Sławę", od strony ulicy Długiej bramy strzegą: "Roztropność", "Sprawiedliwość" i "Zgoda". Przyjrzawszy się dokładnie rzeźbom dłuta Piotra Ringeringa, ruszamy prosto do Cafe Ferber (ul. Długa 77/78), gdzie można nie tylko napić się dobrej mocnej kawy, lecz także zjeść porządne (a inne przed wycieczką na Dolne Miasto nie wchodzi w grę) śniadanie. Ten elegancki lokal serwuje m.in. "zestaw gdański" - jajko na kiełbaskach, półmisek serów, pomidory, pikle i koszyczek różnorodnego pieczywa plus wybrany sok (27 zł). W kawiarni zadbano nie tylko o strawę dla ciała. Goście spragnieni ciekawostek historycznych mogą zaspokoić swój głód wiedzy, studiując menu. Tam, obok propozycji napojów i deserów, znalazły się wiadomości z życia gdańskiej rodziny kupców i finansistów - Ferberów. Można więc poczytać sobie o tym, że stanowili ważną część dawnego establishmentu i skutecznie mnożyli zarówno pieniądze, jak i ród.
Przed Sądem Ostatecznym Wzmocnieni "zestawem gdańskim" przecinamy Długą i ul. Garbary ruszamy w stronę Podwala Przedmiejskiego. Naszym celem jest Muzeum Narodowe i "Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga, prawdziwy malarski okręt flagowy Gdańska. Jego kopia wmontowana w wielkie półokrągłe okno dworca PKP wita podróżnych (mało kto wie, że ten ceglany budynek z końca XIX w. tak się spodobał Japończykom, że postawili identyczny obiekt w Imari na wyspie Kiusiu). Grzechem karanym piekłem byłoby więc pominięcie słynnego tryptyku. Zanim jednak staniemy oko w oko z zakutym w zbroję archaniołem Michałem, ważącym dobre i złe dusze, w przejściu podziemnym pod Podwalem Przedmiejskim warto przyjrzeć się wymalowanym tam muralesom. Barwne dzieła trójmiejskiej muralistki Iwony Zając i jej uczennic z Młodej Załogi powstały w ramach dwóch edycji Festiwalu Szekspirowskiego - lekko więc nawiązują np. do "Romea i Julii", nie tracąc nic z nowoczesnej formy.
Jesteśmy już przy ul. Św. Trójcy, gdzie stoi zbudowany na przełomie XV i XVI w. kościół pod tym samym wezwaniem. Obok niego mieści się dawny klasztor franciszkański - dzisiejsze Muzeum Narodowe. Na pierwszym piętrze, chroniony przez grube szkło lśni pełnym blaskiem legendarny tryptyk Hansa Memlinga. O tym, że - wydawało by się niedzisiejszy - temat Sądu Ostatecznego potrafi wciąż budzić emocje, świadczy choćby film, jaki niebawem zacznie w Gdańsku kręcić Wiesław Saniewski, reżyser pamiętnego "Nadzoru" i nagradzanego ostatnio "Bezmiaru sprawiedliwości". - W "Sądzie Ostatecznym" powracam do problemu ferowania wyroków, który zawsze wiąże się z problemem odpowiedzialności - mówi Saniewski. - Będzie to zatem także opowieść o odpowiedzialności i konsekwencjach osądzania innych. Tym razem sędzią jest artysta, Hans Memling, który "wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu". Poszczególne wątki historii dotyczą tych wszystkich, którzy pragnęli posiąść jego dzieło. Nie tylko fundator obrazu Angelo Tani, lecz także jego przeciwnik, bankier Portinari czy Paul Benecke, który porywa statek z "Sądem", wreszcie gdańszczanie i Medyceusze - prawie cała Europa była uwikłana w historię porwania obrazu.
Piknik nad Motławą Z nadzieją, że po śmierci znajdziemy się jednak po prawicy Najwyższego, idziemy dalej ul. Toruńską. Przed nami główny cel wycieczki - Dolne Miasto. Dzielnica ta powstała w XVII w., na tzw. Świńskich Łąkach, gdzie od połowy XIV w. gdańscy rzeźnicy wypasali bydło. W pierwszej połowie XVII w. zbudowano tu imponujący krąg bastionów, które do dziś stanowią unikalną atrakcję miasta. Kuszą już same ich nazwy: Wyskok, Królik, Miś czy Wilk. Bastiony Królik i Miś zajęła przemysłowa zabudowa z XIX w., Wyskok i Wilk to natomiast część uporządkowanych niedawno terenów zielonych. Siedząc wygodnie na ławeczce i patrząc na szemrzącą kojąco Motławę, można złapać luz i dystans do świata. A gdy przyjedzie się tu rowerem, można wybrać się jeszcze głębiej w zieleń. Przecinając bastion Wyskok, jadąc dalej ul. Wspólną i Olsztyńską, docieramy do niezwykle malowniczej ul. Przybrzeżnej. Małe domki w ogródkach pełnych kwiatów i niemal dziki brzeg płynącej wzdłuż ulicy Motławy sprawiają, że choć to Gdańsk Śródmieście, czujemy się zupełnie jak na "wsi spokojnej, wsi wesołej". Mijając kolejnych skupionych na swym hobby wędkarzy, możemy tak jechać wzdłuż rzeki aż do Olszynki i Krępca, gdzie do Motławy wpada Radunia. Trudno o lepsze miejsce na piknik, zwłaszcza że na okolicznych polach częstszym widokiem niż człowiek, jest stado saren.
Sztuka wrzucona między ulice Wracamy do Dolnego Miasta. Tę część - w przeciwieństwie do starówki - wojna oszczędziła. Zachowały się więc tu nie tylko secesyjne i eklektyczne kamienice, lecz także relikty zabudowy przemysłowej, jak np. dawna fabryka karabinów, założona w 1839 r. - produkowano tu nawet do 500 karabinów dziennie. Dziś w tym miejscu odbywają się m.in. okolicznościowe wystawy fotografii. Przechadzając się ul. Łąkową (to główna arteria Dolnego Miasta), Wróblą, Polną czy Wierzbową, można poczuć się jak na warszawskiej Pradze - podobna niegdyś piękna, dziś mocno podniszczona architektura: ozdobne gzymsy, sztukaterie, rzeźbiona stolarka okienna i kute balustrady balkonów, podobny "apaszowski" klimat i nienajlepsza opinia. Za sprawą odcinającego Dolne Miasto od reszty Gdańska Podwala Przedmiejskiego, dzielnica ta wciąż pozostaje "wytatuowana". Podupadła po 1945 roku, gdy wprowadziła się do niej "klasa robotnicza", częściowo zrujnowana wymaga poważnej rewitalizacji.
To niełatwe zadanie wzięło na siebie Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia (ul. Jaskółcza 1), mieszczące się w budynku dawnej łaźni miejskiej. Ten zabytkowy obiekt z początku XX w. warto zobaczyć choćby z powodu intrygujących wystaw - w styczniu sporego zamieszania narobił tam Eduardo Kac, brazylijski artysta, twórca nurtu zwanego sztuką transgeniczną. Nie zaprezentował tu wprawdzie swego najgłośniejszego dzieła - "Króliczka GFP" (zgodnie z planem Kaca, naukowcy wszczepili zygocie zwierzęcia tytułowe GFP, czyli "zieloną świecącą proteinę", co - gdy króliczek przyszedł już na świat - dało efekt w postaci jego fluorescencji), ale nawiązujące do niego rysunki.
Sztandarowym rewitalizacyjnym projektem Łaźni, realizowanym wspólnie z miastem, jest Międzynarodowy Konkurs Galerii Zewnętrznej Miasta Gdańska. Zakłada on odnowę zaniedbanego Dolnego Miasta poprzez "wrzucanie" wprost w przestrzeń publiczną nowoczesnej sztuki: rzeźb, instalacji, malarstwa ściennego. Przyjazne otoczeniu, dobrze oświetlone i zabezpieczone przed złą pogodą oraz wandalami oryginalne projekty to jeden z kroków ku ożywieniu - gospodarczemu, turystycznemu i artystycznemu tej niegdyś pięknej dzielnicy. Przy ul. Szopy można już zobaczyć pierwszy zrealizowany konkursowy projekt. "LKW Gallery", dzieło Niemców Daniela Milohnica i Alexandra Rijkersa, to po prostu ciężarówka "zaklinowana" pod wiaduktem. Już teraz, przez całe lato odbywają się w niej otwarte warsztaty plastyczno-edukacyjne dla dzieci, nie tylko z Dolnego Miasta. Nie ma więc co się dziwić, widząc młodych uczestników zajęć pogrążonych w grze na bębnach lub wielkich puszkach, ćwiczących chodzenie na szczudłach albo odbijających na chodniku szablony.
Bohaterowie Dolnego Miasta Dolne Miasto ma też swoich dawnych bohaterów. Choćby tajemniczą Felicitas Tietz, chorowitą, ale bardzo energiczną i zaangażowaną osobę. Początkowo Dolne Miasto nie miało swojego kościoła - protestanci chodzili do św. Barbary, katolicy do odległego św. Mikołaja. Gdy w XIX w. zakładano przy ul. Łąkowej szpital Najświętszej Marii Panny, od razu pojawiła się też myśl o świątyni. Przy zbieraniu funduszy na budowę zasłużyła się właśnie Felicitas. Ta nawrócona na katolicyzm protestantka zjeździła całą Europę, czego efektem były zebrane przez nią dary wartości ponad 10 tys. talarów. Jej siła przekonywania podziałała nawet na papieża Piusa IX, od którego otrzymała kamień z rzymskich katakumb, a ten posłużył w sierpniu 1857 r. jako kamień węgielny pod budowę kościoła. Natomiast dzięki wstawiennictwu cesarzowej Austrii, Felicitas przywiozła z Wiednia kilkaset cennych przedmiotów, które w Gdańsku sprzedała, a kilka klejnotów posłużyło do sporządzenia pięknej monstrancji. Felicitas znikła równie tajemniczo, jak się pojawiła - w 1858 r. popłynęła do Ameryki i tam słuch po niej zaginął. Dziś w zbudowanym dzięki jej staraniom kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny (ul. Łąkowa 34) nie ma nawet żadnej poświęconej jej tablicy.
Współczesną legendą Dolnego Miasta jest pani Maria Podlacha, restauratorka prowadząca Kameralną (ul. Łąkowa 50). Jej restauracja jest cała w kryształach, purpurowych kotarach i złocie kandelabrów. Niedyskretny urok lokalu doceniają nie tylko lokalni mieszkańcy, lecz także trójmiejscy artyści. Jeden z nich - Robert Rumas - pięć lat temu przeniósł w skali 1:1 Kameralną do CSW Łaźnia, gdzie stanowiła część nawiązującej do "Hamleta" wystawy z cyklu Re: Location. Na pytanie, co o tym sądzi, pani Podlacha powiedziała: - Teatr? Jestem raczej realistką. Lubię oglądać filmy historyczne: te komnaty, świeczniki, obrazy. Lubiłam patrzeć na przepych u Carringtonów. Zawsze marzyłam, by zobaczyć Petersburg i Pałac Zimowy - te wnętrza, żyrandole, złocenia... Tam dopiero jest pięknie. Byliśmy kiedyś z mężem w Wilnie. W teatrze był żyrandol tak wielki, że ten przy nim to mrówka. Ta moja restauracja to taka miniaturka, niektórzy nawet mówią - "perełka".
W unikalnym wystroju pani Maria serwuje bardzo smaczne pierogi: z mięsem (20 zł), kapustą i grzybami (18 zł) albo ruskie (16 zł), godne polecenia są także inne klasyki kuchni polskiej z nieśmiertelnym schabowym na czele. A do tego kompot - niczym prosto z dawnej szkolnej stołówki.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl