>>
Nie tylko nastolatki cierpią na trądzik Najpierw uliczne teatry pojawią się w Warszawie. W piątek (26.06) rozpoczął się tu Festiwal Sztuka Ulicy, który potrwa do wtorku (30.06). Podczas imprezy swoje najnowsze spektakle (wszystkie bezpłatne) zaprezentują 23 grupy teatralne. Teatr Usta Usta Republika pokaże "Aleksandrię", Porywacze Ciał "Paradę Śmiesznych twarzy", nawiazującą do otaczjącej nas różnorodności kultur, kolorów skóry i obyczajów, a Teatr Snów - przedstawienie "Remus", o samotności niepozornego, a bogatego duchem człowieka, który nie godzi się z zastanym porządkiem i podejmuje walkę o zmiany w najbliższym otoczeniu.
4 lipca uliczne teatry opanują skwery i ulice Szczecina. Na Festiwal "Spoiwa Kultury" przyjedzie 130 artystów z Polski, ale również z Niemiec czy Ukrainy. Do refleksji na temat samego miasta zaprosi stołeczny teatr Akademia Ruchu. Jego akcja "Wyraźnie. W milczeniu" będzie nawiązywać do podzielenia i zarazem połączenia miasta Odrą, dlatego odbędzie się po obu stronach rzeki. Będzie dużo lampionów i mało słów. Antagon Theater AKTion z Niemiec spektakularnie zakończy "Spoiwa kultury" spektaklem "Ginko". Jego tytuł nawiązuje do gatunku japońskiego drzewa, które wyrosło w Hiroszimie w miejscu, gdzie została zrzucona bomba atomowa. Będzie to wielkie widowisko, przedstawione na ogromnej konstrukcji i okraszone muzyką, ogniem i niezwykłymi kolorami.
Z Wojciechem Wińskim z Teatru Usta Usta Republika rozmawia Edyta Błaszczak Dlaczego teatr wyszedł na ulice? W latach 90., kiedy stawiałem pierwsze kroki w Teatrze Snów, to była próba uwolnienia się od teatru instytucjonalnego, który nie oferował niczego interesującego. Nam zależy na żywym kontakcie z odbiorcą, a to umozliwia otwarta przestrzeń, która wyzwala niewyobrażalną kreatywność.
Ale teatr się przeobraził, a wy i tak zostaliście w plenerze. Nasza forma sztuki wciąż jest najbardziej pociągająca. Rzadko się zdarza, że gramy w tym samym miejscu - pierwiastek zagadki czy niespodzianki, inne miasto, kraj, kontynent, inna atmosfera sprawiają, że spektakl za każym razem jest inny.
Szukacie wolności artystycznej? Nie potrafilibyśmy funkcjonować w ramach intytucji, ograniczeni ilością spektakli, premier, budżetów. My nie jesteśmy jak teatry instytucjonalne maszyną do produkowania kultury. Jesteśmy wolni, bo robimy to, co w naszym odczuciu jest ważne. Jeśli chcemy o czymś porozmawiać, to wychodzimy z takim spektaklem do ludzi, czasem wprost na ulicę. Rajskich ptaków nie da się zamknąć w klatce.
Słyniecie ze spektakli, które kładą nacisk na interakcję z widzami. Tak jest też w przypadku "Aleksandrii"? Nasze spektakle mają to do siebie, że ulegają przekształceniom. Tak jest i tym razem. Początkowo byliśmy nastawieni na żywy kontakt z publicznością, jednak w końcu poszukiwanie miasta idealnego zawęziliśmy do wykreowania pewnej sytuacji - labiryntu rzeczywistości. Nie będzie tu szaleństwa z aktorami, tak jak to było w przypadku "Radioaktywnych", kiedy to widzowie w 30 taksówkach wyruszyli w miasto, kierowani komunikatami radiowymi.
Znowu będziecie chcieli nauczyć widzów czegoś mądrego, pokazać jakiś współczesny problem? Już sama nasza obecność w przestrzeni publicznej to edukacja, pokazanie, że można mysleć inaczej. W "Aleksandrii" szuka się bezpieczeństwa, sprawiedliwości, uznania czy miłości.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl