- Spodziewaliśmy się, że nie będą chcieli wielu limuzyn, skoro to szczyt klimatyczny. Ale chyba ktoś w zeszłym tygodniu zajrzał do prognozy pogody - mówi "Telegraphowi" szefowa firmy, która w Kopenhadze wypożycza
luksusowe auta. Według danych podanych przez Majken Friss Jorgensen w normalny dzień po ulicach stolicy Danii podróżuje 12 takich samochodów. W dniu rozpoczęcia szczytu jej firma wypożyczyła ich ponad 200.
Według Jorgensen jej konkurencja dodatkowo wynajęła ponad 1000 takich maszyn, z czego większość trzeba było ściągać z Niemiec i Szwecji. - Bo w całej Danii nie ma tylu limuzyn - tłumaczy. Jedynie pięć aut spośród tak wielkiej liczby jest napędzanych elektrycznie. - Rząd ma jakieś
samochody napędzane alternatywnie, ale cała reszta będzie się poruszać na normalnym napędzie. Nie mamy wielu samochodów hybrydowych w Danii, bo niestety mamy bardzo surowe przepisy podatkowe wobec takich maszyn. To bez sensu, ale bardzo duńskie - mówi dalej rozmówca gazety.
Samoloty będą "parkowane" w Szwecji Lotniska spodziewają się o 140 prywatnych samolotów więcej, niż ląduje w Kopenhadze normalnego dnia. Jest to liczba za duża jak na możliwości kopenhaskiego lotniska, więc większość maszyn będzie stała w hangarach w... Szwecji. Będą mogły lądować w Kopenhadze, żeby wysadzić, albo odebrać VIPa, ale postój ma się odbywać poza granicami kraju.
Oprócz 15 tysięcy delegatów, 5 tysięcy dziennikarzy i 98 światowych przywódców, do Kopenhagi przyjadą też m.in. Leonardo DiCaprio, Daryl Hannah, arcybiskup Desmond Tutu, i brytyjski książę Karol.
Darmowe prostytutki dla delegatów Na szczyt przygotowały się nawet lokalne prostytutki. W odpowiedzi na rządowy apel do delegatów "bądź powściągliwy, nie kupuj seksu", związek zawodowy prostytutek poinformował, że każdy kto będzie się akredytował kartą gościa szczytu, może liczyć u zrzeszonych w tej grupie na darmowy seks.
Przeczytaj o sporze władz z prostytutkami.
11-dni szczytu, 41000 ton CO2 Według organizatorów 11-dniowa konferencja, wliczając w to
podróże delegatów, wyprodukuje 41 tysięcy ton "odpowiednika dwutlenku węgla", czyli mniej więcej tyle ile Zielona Góra w tym samym okresie.
Wielu z uczestników w żaden sposób nie jest potrzebnych na tej konferencji, więc - jak pisze "Telegraph" - należy całość uznać za "idiotyczny cyrk". Zamiast ogłoszenia globalnej polityki ograniczenia emisji CO2, z czego polityków można by rozliczyć, planowane jest więc przyjęcie planu "80-procentowego ograniczenia do roku 2050". Większość uczestników szczytu, który się dziś rozpoczyna, nie będzie już wówczas żyć, a co dopiero urzędować.
Nikła szansa na sukces Nawet gdyby jednak udało się ustalić jakikolwiek zobowiązujący plan, np. ograniczenia rocznego o dwa punkty procentowe, większość krajów raczej nie przestrzegałaby przepisów. Już teraz - przypomina dziennik - wiele krajów, w tym
Wielka Brytania, nie przestrzega liberalnych zapisów ustalonych na poprzedniej tak wielkiej konferencji w Kyoto.
Jedynym źródłem ewentualnego optymizmu może być decyzja prezydenta Obamy o pozostaniu na całej konferencji, co może rodzić nadzieję na porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Tylko taka umowa gwarantuje jakiekolwiek globalne porozumienie i ewentualny sukces konferencji.