- Obowiązkiem każdej władzy jest obrona interesów obywateli, jeśli rząd tego nie zrobi, będziemy sami walczyć - mówił Mieczysław Jurek, szef Solidarności w regionie. Słuchało go 5 tys. demonstrantów
Stoczniowcy, a także górnicy i związkowcy z różnych stron Polski przeszli wczoraj przez centrum miasta w obronie Stoczni Szczecińskiej Nowa i Stoczni Gdynia. Planowana od ubiegłego tygodnia demonstracja odbyła się, mimo że Bruksela przedłużyła Polsce czas do 12 września na rozwiązanie problemu restrukturyzacji i prywatyzacji obu stoczni.
Pochód wyruszył w południe spod bramy stoczni w stronę centrum. Swoją złość niepewni losu branży demonstranci skupili na obecnym rządzie.
- Znajdzie się kij na Platformy ryj! - krzyczała czołówka pochodu z szefami związków zawodowych.
Były też pretensje pod adresem Komisji Europejskiej. Na transparencie niesionym na czele pochodu demonstranci napisali "Brukselo! Wasze decyzje, nasze życie", a na innym "Brukselo daj nam żyć".
- Gdzie są posły!? Gdzie są posły!? - krzyczał jeden z organizatorów przez wiezione na samochodzie megafony.
Zaproszeni przez Solidarność górnicy (w sile kilkudziesięciu osób) maszerowali postukując w asfalt wielkimi drągami i rzucając na jezdnie świece dymne i petardy.
Po godzinie marszu przez centrum demonstranci dotarli do Wałów Chrobrego.
- Obowiązkiem każdej władzy jest obrona interesów obywateli, jeśli rząd tego nie zrobi, będziemy sami walczyć - mówił do zgromadzonych Mieczysław Jurek, szef Solidarności w regionie.
Związkowcom nie spodobało się, że mimo próśb, do Szczecina nie przyjechał premier Donald Tusk.
Jurek: - Jak były potrzebne głosy w wyborach, to przyjeżdżali, dziś mają nas...
- W dupie! - dokończyło kilka tysięcy ludzi.
Na Wałach Chrobrego demonstracja się rozwiązała. Stoczniowcy wrócili do stoczni, związkowcy z innych zakładów ze zwiniętymi transparentami poszli w stronę centrum, a grupka górników na obiad do restauracji Ładoga.
W tym samym czasie w Warszawie Minister Skarbu Państwa Aleksander Grad mówił jak zamierza wykorzystać czas podarowany przez Brukselę. Plan zakłada, że do 31 lipca skończy się pierwsza tura negocjacji z potencjalnymi inwestorami. Wyniki zostaną przedstawione Brukseli. Jeśli te pomysły na restrukturyzację stoczni zaakceptuje, przyjdzie czas na rozmowy o umowie prywatyzacyjnej. Jeśli nie, inwestorzy i MSP wrócą do rozmów. I tak aż do skutku, ale najdalej do 12 września. W środę odbyły się już pierwsze rozmowy - Grad spotkał się z szefami Mostostalu Chojnice i norweskiej stoczni Ulstein, które zainteresowane są szczecińską stocznią. Szef MSP ujawnił też, że na przełomie czerwca i lipca do jego resortu dotarło kilkanaście listów intencyjnych od nowych potencjalnych inwestorów m.in. z Indii.
Przeszkodą na drodze do dogadania się z KE jest poziom kolejnej pomocy publicznej, której domagają się inwestorzy dla zadłużonych stoczni. Mostostal Chojnice chce, by SSN wsparta została z budżetu kwotą 240 mln zł. Dotychczas Bruksela w ogóle nie chciała o tym słyszeć. Teraz, według Grada, problemem jest jedynie wysokość owego wsparcia.
- To jest zmiana jakościowa - cieszył się na środowej konferencji prasowej minister.
- Dwa miesiące na dopięcie programów restrukturyzacyjnych i negocjacji w sprawie sprzedaży stoczni to nie jest tak dużo jak nam się wydaje - ostrzega eurodeputowany Bogusław Liberadzki.
I dodaje, że dojście z KE do kompromisu nie będzie łatwe.
- W Brukseli liczy się też coś takiego jak osobiste zaufanie i sympatia, a czymś takim nie możemy się w tej chwili pochwalić - mówi Liberadzki.