Groził dziewczynie nożem. Ona uznała to za żart, potem połączyła fakty. Tak wpadł "Wampir z Krakowa"

"Nigdy nie przyszło mi na myśl, że należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze" - wspominał Karol Kot. To właśnie ten seryjny morderca był inspiracją dla głównego bohatera filmu "Czerwony pająk".

Gdy "Wampir z Krakowa" postanowił zabić po raz pierwszy, nie miał jeszcze 18 lat. Ofiarę, starszą kobietę modlącą się w kościele, wybrał przypadkowo - po prostu zaszedł ją od tyłu i dźgnął nożem. Brak doświadczenia sprawił, że Helena W. przeżyła... Ale kolejne osoby nie miały już tyle szczęścia.

Karol Kot urodził się 18 grudnia 1946 roku. Pochodził z tzw. dobrej, inteligenckiej rodziny - przykładny uczeń, chciał studiować, z sukcesami uprawiał strzelectwo. Przyjaciół miał niewielu - jak twierdził, nie zależało mu na nich. Na ogół nie zwracał na siebie uwagi, nikt też nie traktował poważnie jego fantazji o zabójstwach i sadystycznych orgiach, którymi dzielił się ze znajomymi. A to był błąd.

"Lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew"

"Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania (...). Jako nastolatek asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi (...). Zabijałem potem żaby, kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się, dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew" - wspominał Kot w późniejszych rozmowach z Bogusławem Sygitem, autorem książki "Kto zabija człowieka... Najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce".

"Wampir z Krakowa" marzył też o byciu katem:

"Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką" - opowiadał.

Pasjonowała go również broń - miał pokaźną kolekcję noży - i zabawa ogniem. Kilka razy próbował podpaleń, chciał też kogoś otruć; na szczęście trucizna, którą dosypywał różnym osobom, nie zadziałała.

Pierwsze morderstwo mu nie wyszło. Próbował do skutku

21 września 1964 roku od rana coś "chodziło za nim" i nakłaniało do dźgnięcia nożem. Kot postanowił, że najlepiej będzie zabić "jakąś starą kobietę w pustym kościele". Modląca się w przedsionku kościoła Sercanek Helena W. idealnie pasowała do tego opisu; 17-latek podszedł do niej od tyłu, ugodził nożem w lewą stronę pleców i uciekł.

Kot był pewny, że zadał śmiertelny cios; rana okazała się jednak na tyle powierzchowna, że ofiara dowiedziała się o krwi na ramieniu dopiero od przypadkowych osób. Zawiadomiono milicję, ale ta zbagatelizowała sprawę. Do współpracy nie była też chętna sama Helena W. - kobieta twierdziła nawet, że nie została dźgnięta nożem, tylko pobita.

Nastolatek zaatakował po raz drugi zaledwie dwa dni później; Franciszka L. również przeżyła atak, ale przypłaciła go trwałym kalectwem. Plan morderstwa powiódł się dopiero 29 września; 86-letnia Maria P. po otrzymaniu ciosu w plecy zdążyła tylko powiedzieć przypadkowej osobie, że napadł ją młody chłopiec. Kobieta zmarła w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności.

Atakował tylko w jednej dzielnicy. I zawsze o tej samej godzinie

W Krakowie wybuchła panika - mieszkańcy przekonani, że w mieście grasuje seryjny zabójca, bali się wychodzić z domu. Trzy miesiące później milicja umorzyła jednak sprawę: ataki ustały, śledczy nie mieli też wystarczającej liczby śladów. Kot uderzył ponownie po dwóch latach - ofiarą był 11-letni chłopiec, którego zabił, zadając mu 11 ran kłutych. Kolejna ofiara, 7-letnia Małgorzata P. - również otrzymała 11 ciosów nożem. Na szczęście dziewczynkę udało się uratować.

Początkowo milicjanci myśleli, że mają do czynienia z nowym zabójcą. Powód? Inny modus operandi - ofiarami były dzieci, a sprawca zadawał im wiele ciosów. Dopiero po przeanalizowaniu tych i poprzednich napadów śledczy znaleźli cechy wspólne - morderca zawsze działał sam, wybierał słabsze od siebie ofiary, atakował znienacka, zadając ciosy w okolicach serca i brzucha oraz górnej partii pleców. Nigdy nic nie mówił, a ofiarom niczego nie zabierał. Przestępstw dokonywał też zawsze około południa i tylko w jednej dzielnicy Krakowa. Mimo to śledztwo stało w miejscu: nadal brakowało podejrzanego.

Jak wpadł? Przez swoją "dziewczynę"

Brakujący element układanki dostarczyła śledczym Danuta W. Kot poznał ją w klubie strzeleckim i traktował jako swoją dziewczynę; dla niej był jednak tylko zwykłym znajomym. Choć któregoś dnia chłopak rzucił ją na ziemię i przystawił nóż do szyi, grożąc, że ją zabije, Danuta uznała to za głupi żart.

Dziewczyna nabrała podejrzeń dopiero, gdy z dowiedziała się z gazet o próbie morderstwa 7-letniej dziewczynki. Wtedy opowiedziała o wszystkim milicji.

"Nie żałuję niczego. Gdybym mógł, mordowałbym dalej"

Funkcjonariusze zatrzymali Kota 14 lipca 1966 roku, niedługo po tym, jak zdał maturę. Początkowo młody mężczyzna wszystkiego się wyparł, ale gdy rozpoznały go niedoszłe ofiary, przyznał się do winy.

Choć oskarżono go o dwa zabójstwa, dziesięć usiłowań zabójstwa i cztery podpalenia, Kot nie przejawiał skruchy przed wymiarem sprawiedliwości. Podczas procesu na jego twarzy gościł uśmiech, a jego wypowiedzi bardziej przypominały przechwałki niż tłumaczenia.

"Prawdą jest, że w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, że milicjanci tak nudzili mnie napominaniem o skrusze, że wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, że nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego. (...) Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej"- powiedział później w rozmowie z Bogusławem Sygitem.

Opinia publiczna chciała kary śmierci. Sąd nie był przekonany

Zbulwersowana opinia publiczna domagała się dla Kota kary śmierci. Taki wyrok wydał sąd I instancji, podtrzymał go również Sąd Najwyższy, który odrzucił wniosek adwokatów o skierowaniu nastolatka na ponowne badania psychiatryczne (część biegłych kwestionowała wcześniej poczytalność mordercy).

Przed wykonaniem wyroku SN nieoczekiwanie postanowił jednak zamienić karę śmierci na dożywocie. Oburzony tą decyzją Prokurator Generalny PRL skorzystał wówczas z możliwości wniesienia rewizji nadzwyczajnej - dzięki tej interwencji 17 marca 1968 roku Kota ponownie skazano na karę śmierci przez powieszenie. Miesiąc później wyrok wykonano.

Historia Karola Kota była tematem jednego z odcinków programu "Seryjni mordercy, który emitowano na kanale Discovery Historia. "Wampir z Krakowa" był też inspiracją dla postaci głównego bohatera filmu "Czerwony pająk" Marcina Koszałka, który wszedł na ekrany kin w listopadzie 2015 roku.

Więcej o:
Skomentuj:
Groził dziewczynie nożem. Ona uznała to za żart, potem połączyła fakty. Tak wpadł "Wampir z Krakowa"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX