Pilota wyssało z kokpitu. Nie mogli go puścić, więc trzymali go za nogi... lecąc 800 km/h

Samolot leciał z prędkością 800 km/h. Ciało pilota zwisało po zewnętrznej stronie kabiny - załoga była przekonana, że nie żyje, ale mimo skrajnego wyczerpania i odmrożeń nie mogli go puścić. To uratowało mu życie.

10 czerwca 1990 roku, godz. 7.20. Samolot linii British Airways startuje z Birmingham o czasie. Na pokładzie ma 81 pasażerów i sześcioro członków załogi - wśród nich jest kapitan Tim Lancaster. Niecały kwadrans po starcie rozlega się potężny huk - pęka szyba, co wywołuje dekompresję.

Wszystko dzieje się bardzo szybko: różnica ciśnień wypycha szybę w kokpicie i wysysa pilota. Lancaster nie wypada tylko dlatego, że cudem zaczepia kolanami o krawędź otworu. Pęd powietrza wyrywa też drzwi oddzielające kokpit od reszty samolotu i zasłania załodze dostęp do aparatury nawigacyjnej i radia.

Kadr z rekonstrukcji feralnego lotuFot. YouTube via https://www.youtube.com/watch?v=OIQQhqpVY80

Jeden ze stewardów, Nigel Ogden, chwyta Lancastera w pasie - pilot, chłostany strumieniem lodowatego powietrza o prędkości 800 km/h, traci przytomność. Ma otwarte oczy, więc załoga jest pewna, że nie żyje. Ciało kapitana dalej stopniowo wysuwa się poza kokpit, jego głowa uderza też o blachę. Mimo to Ogden nie może go puścić: "zwłoki" mogłyby wpaść w lewy silnik, wywołując jego pożar lub zgaśnięcie.

Załodze udaje się w końcu nadać sygnał "Mayday", ale hałas w kokpicie jest tak duży, że nie słyszą odpowiedzi wieży kontroli lotów. Mimo skrajnego wyczerpania i odmrożeń, steward nadal trzyma Lancastera; w końcu zmieniają go dwaj inni członkowie załogi, którym udaje się wciągnąć kapitana na pokład. Chwilę później, o godz. 7.55, samolot ląduje awaryjnie Southampton.

Lancaster zostaje natychmiast przewieziony do szpitala - jest w szoku, ma poranione i odmrożone kończyny, złamane przedramię, nadgarstek i kciuk. Do pracy wraca po 5 miesiącach od wypadku i nawet po przejściu na emeryturę w British Airways lata jeszcze w tanich liniach lotniczych easyJet. Ogden kończy lot ze zwichniętym barkiem, odmrożeniami na twarzy oraz w lewym oku. Kilka lat później przechodzi na wcześniejszą emeryturę z powodu stresu.

Śledztwo wykaże później, że za awarię odpowiedzialna była zbyt mała średnica śrub okiennych wymienionych tuż przed lotem. To 0,66 mm niemal doprowadziło do katastrofy.

Pisząc artykuł, korzystałam m.in. z artykułu w "The Sydney Morning Herald" i Wikipedii.
Weź udział w dyskusji Zobacz komentarze