Gen. Andrzej Błasik (11.10.1962 - 10.04.2010)
09.04.2011
, aktualizacja: 09.04.2011 12:31
Dowódca Sił Powietrznych. Zawsze wolał siedzieć za sterami samolotu niż jako pasażer. Zginął śmiercią lotnika. - Każdy z nas, wsiadając do samolotu, liczy się z tym, że TO może się zdarzyć. On też o tym dobrze wiedział - mówią piloci.
ZOBACZ TAKŻE
- Gen. Andrzej Błasik spoczął na Powązkach (28-04-10, 16:32)
Tak jak każdy chłopiec Andrzej Błasik marzył o lataniu. Jemu jako jednemu z nielicznych to się udało. W 1981 r. skończył Liceum Lotnicze, a potem Wyższą Oficerską Szkołę Lotniczą, słynne "Orlęta" w Dęblinie.
I w lotnictwie przeszedł wszystkie szczeble kariery. Ostatnio za sterami samolotu siedział tydzień przed katastrofą w Smoleńsku. To był Jak-40, samolot taki sam, jakim latają VIP-y. Tym samolotem poszaleć się nie da. Ale wcześniej latał też na myśliwcu Su-22, którego do dziś używa polskie lotnictwo. Piloci mówią, że z tą maszyną mógł zrobić wszystko. Akrobacje też.
Jako pilot klasy mistrzowskiej generał Andrzej Błasik miał na koncie półtora tysiąca godzin nalotu, w tym 560 na myśliwcach Su-22 (na tej maszynie miał uprawnienia instruktorskie do szkolenia we wszystkich warunkach atmosferycznych).
Ale latał też starociami, jak samoloty myśliwskie Zlin-42M, PZL-101, Lim-2, Lim-5, Lim-6M, używane w PRL. Więc kiedy jego siły powietrzne dostały amerykańskie F-16, cieszył się jak dziecko.
Błasik nigdy nie usiadł za sterami "efa", które nasi piloci nazwali "Jastrzębiami". Ale kilka razy leciał w drugiej kabinie. I traktował te jastrzębie jak swoje dzieci. O polskich F-16 mówił: Mamy najnowocześniejsze wersje tej maszyny w Europie.
Kiedy miał wsiąść do maszyny, jak jeździec swojego konia obszedł najpierw dookoła, obejrzał, pogłaskał.
Zawsze w samolocie wolał siedzieć za sterami niż jako pasażer. Tak czuł się pewniej.
Jako dowódca wymagał przede wszystkim od siebie, dlatego wiele razy mówił, że "żołnierz ma prawo być dobrze dowodzonym". Lotnicy mówią, że zaczynał pracę chyba najwcześniej ze wszystkich, drzwi gabinetu zamykał późno w nocy.
Tragedię CAS-y pod Mirosławcem w styczniu 2008 r. przeżył tak jak wszyscy piloci, a może i bardziej. Wśród 20 zabitych lotników był wtedy jego przyjaciel gen. pilot Andrzej Andrzejewski.
Po niej za punkt honoru postawił sobie, żeby zrobić wszystko, by do podobnego dramatu już nigdy nie doszło. Kiedy specjalna komisja ekspertów przedstawiła lotnictwu 25 punktów do poprawy w procedurach, Błasik dorzucił jeszcze kolejnych 30 od siebie. I rozliczał z nich dowódców na każdej odprawie.
Dwa lata i trzy miesiące później zginął w katastrofie lotniczej. Śmiercią lotnika - podkreślają koledzy.
Generał pilot Andrzej Błasik miał 47 lat. Zostawił rodzinę. Żona Ewa jest magistrem administracji samorządowej, córka Joanna studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, a syn Michał w Wyższej Szkole Informatyki, Zarządzania i Administracji w Warszawie.
15 kwietnia 2010 Bronisław Komorowski, wykonujący obowiązki Prezydenta RP mianował go pośmiertne generałem. 28 kwietnia został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
I w lotnictwie przeszedł wszystkie szczeble kariery. Ostatnio za sterami samolotu siedział tydzień przed katastrofą w Smoleńsku. To był Jak-40, samolot taki sam, jakim latają VIP-y. Tym samolotem poszaleć się nie da. Ale wcześniej latał też na myśliwcu Su-22, którego do dziś używa polskie lotnictwo. Piloci mówią, że z tą maszyną mógł zrobić wszystko. Akrobacje też.
Jako pilot klasy mistrzowskiej generał Andrzej Błasik miał na koncie półtora tysiąca godzin nalotu, w tym 560 na myśliwcach Su-22 (na tej maszynie miał uprawnienia instruktorskie do szkolenia we wszystkich warunkach atmosferycznych).
Ale latał też starociami, jak samoloty myśliwskie Zlin-42M, PZL-101, Lim-2, Lim-5, Lim-6M, używane w PRL. Więc kiedy jego siły powietrzne dostały amerykańskie F-16, cieszył się jak dziecko.
Błasik nigdy nie usiadł za sterami "efa", które nasi piloci nazwali "Jastrzębiami". Ale kilka razy leciał w drugiej kabinie. I traktował te jastrzębie jak swoje dzieci. O polskich F-16 mówił: Mamy najnowocześniejsze wersje tej maszyny w Europie.
Kiedy miał wsiąść do maszyny, jak jeździec swojego konia obszedł najpierw dookoła, obejrzał, pogłaskał.
Zawsze w samolocie wolał siedzieć za sterami niż jako pasażer. Tak czuł się pewniej.
Jako dowódca wymagał przede wszystkim od siebie, dlatego wiele razy mówił, że "żołnierz ma prawo być dobrze dowodzonym". Lotnicy mówią, że zaczynał pracę chyba najwcześniej ze wszystkich, drzwi gabinetu zamykał późno w nocy.
Tragedię CAS-y pod Mirosławcem w styczniu 2008 r. przeżył tak jak wszyscy piloci, a może i bardziej. Wśród 20 zabitych lotników był wtedy jego przyjaciel gen. pilot Andrzej Andrzejewski.
Po niej za punkt honoru postawił sobie, żeby zrobić wszystko, by do podobnego dramatu już nigdy nie doszło. Kiedy specjalna komisja ekspertów przedstawiła lotnictwu 25 punktów do poprawy w procedurach, Błasik dorzucił jeszcze kolejnych 30 od siebie. I rozliczał z nich dowódców na każdej odprawie.
Dwa lata i trzy miesiące później zginął w katastrofie lotniczej. Śmiercią lotnika - podkreślają koledzy.
Generał pilot Andrzej Błasik miał 47 lat. Zostawił rodzinę. Żona Ewa jest magistrem administracji samorządowej, córka Joanna studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, a syn Michał w Wyższej Szkole Informatyki, Zarządzania i Administracji w Warszawie.
15 kwietnia 2010 Bronisław Komorowski, wykonujący obowiązki Prezydenta RP mianował go pośmiertne generałem. 28 kwietnia został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Najczęściej czytane
- 1.Pisała fizykę, a myślała, że to... WOS. Matura do powtórki?
- 2.Najwięcej samobójstw księży jest w najbardziej religijnym regionie Polski
- 3."Polityka" o Marcie Kaczyńskiej: Może być problemem dla prezesa PiS
- 4.Wałęsa: Tusk powinien spałować związkowców przed Sejmem
- 5.Wstrząsająca pomyłka: Teksas stracił niewinnego mężczyznę. Opowieść o dwóch Carlosach
- 6."Marsz w Brukseli to będzie samobój, PiS wyjdzie na eksportera obciachu"
- 7.Jądro ateizmu tuż za granicą Polski. Dawne wschodnie Niemcy bez Boga



