Admirał floty Andrzej Karweta (11.06.1958 - 10.04.2010)
08.04.2011
, aktualizacja: 10.04.2011 12:23
Dowódca Marynarki Wojennej. Politykom i przełożonym mówił: "Nie dawajcie mi kolejnych pasków awansu, dajcie mi okręty!"
ZOBACZ TAKŻE
- Wspomnienie o Andrzeju Karwecie (17-04-10, 01:00)
Kiedy w niedzielę 11 kwietnia 2010 roku, o godz. 8 w Gdyni marynarze podnieśli do połowy masztu banderę na okręcie ORP "Błyskawica", napisali wspomnienie o swoim dowódcy: "Swoją pasją inspirował nas do jak najlepszej pracy na rzecz Marynarki Wojennej. Nie znosił niekompetencji i malkontenctwa. Jednocześnie doradzał nam, nagradzał inicjatywę i poświęcenie podwładnych. Potrafił błyskawicznie reagować w sytuacjach kryzysowych, a swoim opanowaniem dowodził nieprzeciętnych umiejętności dowódczych. Służbę pełnił z honorem i zgodnie z marynarskim rzemiosłem. Dowódco, pomóż nam trwać dalej w naszej marynarskiej wachcie ".
Andrzej Karweta urodził się w Jeleniu na Górny Śląsku. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Chrzanowie wstąpił do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie w 1982 roku zdobył tytuł magistra inżyniera nawigatora i otrzymał promocje na stopień podporucznika Marynarki Wojennej.
- Do marynarki nie poszedł tak jak każdy żołnierz, do pracy. Jego pociągała też przygoda, którą można przeżyć na okręcie. Świat, porty, spotkania z ludźmi i to, że podróżując, można mieć informacje, których nie mają inni - mówi o swoim dowódcy jego szef sztabu wiceadmirał Waldemar Głuszko.
Przygodę na morzu zaczął od trałowców, czyli okrętów przeciwminowych, które do końca pozostały jego oczkiem w głowie. Marynarze mówią, że kiedy były zakusy, by zlikwidować 13. dywizjon trałowców w Helu, walczył o niego jak lew. Dywizjon pozostał.
Na ORP "Czapla", swoim pierwszym okręcie, zdobył tytuł najlepszego okrętu w całej flotylli. Czaplę pożegnał, kiedy odchodziła "na żyletki". Podobno bardzo to przeżył, bo zżył się z tym okrętem. - To tam miał swoje miejsce w mesie, którego nikt inny nie śmiał zająć, tam miał swoje stanowisko dowodzenia, swoją burtę od strony mola - opowiada Głuszko. - Ale żal minął i przelał to uczucie na kolejne okręty.
Dowodził potem ORP "Mewą", "Flamingiem", "Czajką". Kiedy był na morzu, po kilkadziesiąt dni, kleił modele okrętów. Stoją na półkach w domu, który wybudował niedawno w Gdyni. Pływał około 20 lat.
11 listopada 2007 roku został mianowany przez prezydenta RP na stanowisko dowódcy Marynarki Wojennej. Świat mu się zmienił, tym bardziej że jako dowódca Marynarki Wojennej, chociaż osiągnął wszystko, co może marynarz, musiał kursować między Gdynią a Warszawą. To drugie miasto działało na niego klaustrofobicznie. Nie najlepiej przeżywał tam spotkania z politykami, którzy od jakiegoś czasu zaczęli zastanawiać się, czy w ogóle warto wydawać pieniądze na Marynarkę Wojenną. Wtedy się wkurzał, a jak wracał do Gdyni, zbierał przyjaciół i opowiadał, co w tej Warszawie się wyprawia. Czasem mówił nawet, że nie ma chyba dla marynarki nadziei. Ale po rozmowie wracał rano do swojego dowództwa i dalej walczył. Mówił przełożonym: "Nie dawajcie mi kolejnych pasków awansu, dajcie mi okręty!".
Kariera przeprowadziła go przez wszystkie szczeble dowodzenia, w tym narodowego przedstawiciela wojskowego w dowództwie NATO w Norfolk w USA. Studiował w prestiżowej Royal College of Defense Studies w Londynie. Ostatnio nie pływał. Ale odwiedzał swoje okręty.
Karweta z żoną Marią ma dwie córki i syna. Interesował się historią i modelarstwem okrętowym. Uprawiał turystykę rowerową i pieszą.
15 kwietnia 2010 Andrzej Karweta został pośmiertnie awansowany do stopnia admirała floty. 26 kwietnia został pochowany w Baninie.
Andrzej Karweta urodził się w Jeleniu na Górny Śląsku. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Chrzanowie wstąpił do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie w 1982 roku zdobył tytuł magistra inżyniera nawigatora i otrzymał promocje na stopień podporucznika Marynarki Wojennej.
- Do marynarki nie poszedł tak jak każdy żołnierz, do pracy. Jego pociągała też przygoda, którą można przeżyć na okręcie. Świat, porty, spotkania z ludźmi i to, że podróżując, można mieć informacje, których nie mają inni - mówi o swoim dowódcy jego szef sztabu wiceadmirał Waldemar Głuszko.
Przygodę na morzu zaczął od trałowców, czyli okrętów przeciwminowych, które do końca pozostały jego oczkiem w głowie. Marynarze mówią, że kiedy były zakusy, by zlikwidować 13. dywizjon trałowców w Helu, walczył o niego jak lew. Dywizjon pozostał.
Na ORP "Czapla", swoim pierwszym okręcie, zdobył tytuł najlepszego okrętu w całej flotylli. Czaplę pożegnał, kiedy odchodziła "na żyletki". Podobno bardzo to przeżył, bo zżył się z tym okrętem. - To tam miał swoje miejsce w mesie, którego nikt inny nie śmiał zająć, tam miał swoje stanowisko dowodzenia, swoją burtę od strony mola - opowiada Głuszko. - Ale żal minął i przelał to uczucie na kolejne okręty.
Dowodził potem ORP "Mewą", "Flamingiem", "Czajką". Kiedy był na morzu, po kilkadziesiąt dni, kleił modele okrętów. Stoją na półkach w domu, który wybudował niedawno w Gdyni. Pływał około 20 lat.
11 listopada 2007 roku został mianowany przez prezydenta RP na stanowisko dowódcy Marynarki Wojennej. Świat mu się zmienił, tym bardziej że jako dowódca Marynarki Wojennej, chociaż osiągnął wszystko, co może marynarz, musiał kursować między Gdynią a Warszawą. To drugie miasto działało na niego klaustrofobicznie. Nie najlepiej przeżywał tam spotkania z politykami, którzy od jakiegoś czasu zaczęli zastanawiać się, czy w ogóle warto wydawać pieniądze na Marynarkę Wojenną. Wtedy się wkurzał, a jak wracał do Gdyni, zbierał przyjaciół i opowiadał, co w tej Warszawie się wyprawia. Czasem mówił nawet, że nie ma chyba dla marynarki nadziei. Ale po rozmowie wracał rano do swojego dowództwa i dalej walczył. Mówił przełożonym: "Nie dawajcie mi kolejnych pasków awansu, dajcie mi okręty!".
Kariera przeprowadziła go przez wszystkie szczeble dowodzenia, w tym narodowego przedstawiciela wojskowego w dowództwie NATO w Norfolk w USA. Studiował w prestiżowej Royal College of Defense Studies w Londynie. Ostatnio nie pływał. Ale odwiedzał swoje okręty.
Karweta z żoną Marią ma dwie córki i syna. Interesował się historią i modelarstwem okrętowym. Uprawiał turystykę rowerową i pieszą.
15 kwietnia 2010 Andrzej Karweta został pośmiertnie awansowany do stopnia admirała floty. 26 kwietnia został pochowany w Baninie.
Najczęściej czytane
- 1.Pisała fizykę, a myślała, że to... WOS. Matura do powtórki?
- 2.Najwięcej samobójstw księży jest w najbardziej religijnym regionie Polski
- 3."Polityka" o Marcie Kaczyńskiej: Może być problemem dla prezesa PiS
- 4.Wałęsa: Tusk powinien spałować związkowców przed Sejmem
- 5.Wstrząsająca pomyłka: Teksas stracił niewinnego mężczyznę. Opowieść o dwóch Carlosach
- 6."Marsz w Brukseli to będzie samobój, PiS wyjdzie na eksportera obciachu"
- 7.Jądro ateizmu tuż za granicą Polski. Dawne wschodnie Niemcy bez Boga



