Aleksander Szczygło (27.10.1963 - 10.04.2010)
07.04.2011
, aktualizacja: 07.04.2011 23:06
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Pytany, dlaczego nie ma żony i dzieci, odpowiadał: "Ty masz wspaniałą żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta. Taką drogę wybrałem".
ZOBACZ TAKŻE
- Aleksander Szczygło w domu nazywany był Markiem (12-04-10, 20:01)
- Aleksander Szczygło - pozostał z prezydentem do końca (11-04-10, 19:17)
- Zasadniczy, fachowy i zdyscyplinowany, a przy tym wszystkim nie brakowało mu nigdy poczucia humoru - tak Aleksandra Szczygłę wspominają jego współpracownicy z partii.
Czar Lecha Kaczyńskiego
Urodził się w 1963 r. w podolsztyńskich Jezioranach. Prawnik, od stycznia 2009 r. szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Był jednym z najbliższych współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Ale bardziej pasowałoby słowo "podopieczny" lub "uczeń".
Aleksander Szczygło po raz pierwszy zobaczył swojego mistrza, kiedy studiował prawo na Uniwersytecie Gdańskim w latach 80. Kaczyński tam wykładał. Osobiście poznali się jesienią 1990 r., kiedy Szczygło dostał posadę w Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", gdzie wszyscy prawnicy podlegali Kaczyńskiemu jako wiceszefowi związku.
Współpracownicy Szczygły z tamtych czasów wspominają go jako osobę całkowicie niezależną. W czasie pierwszych wyborów prezydenckich na drzwiach pokoju powiesił plakat Tadeusza Mazowieckiego. W miejscu gdzie wszyscy popierali Lecha Wałęsę, był to akt odwagi.
Potem uległ czarowi Lecha Kaczyńskiego. Związał się z nim na dobre i na złe - zawdzięczał mu wykształcenie, karierę, a być może także samotność. Gdy Kaczyński był prezesem Najwyższej Izby Kontroli, Szczygło został szefem jego biura. Gdy Kaczyński odchodził z Izby, wysłał na stypendium do USA Szczygłę, Elżbietę Kruk, późniejszą szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Sławomira Skrzypka, późniejszego prezesa NBP. Tak Kaczyński dbał o kadrę zaufanych urzędników.
Po powrocie z Uniwersytetu w Wisconsin Szczygło pracował w Głównym Inspektoracie Pracy, Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w PKO BP. Kiedy w 2001 r. na scenie politycznej pojawiło się Prawo i Sprawiedliwość, stanął w pierwszym szeregu kampanii wyborczej. Poręczył dla partii kredyt. Zdobył mandaty poselskie w 2001, 2005 i 2007 r. Bez wahania jednak rezygnował z ław poselskich, gdy tylko poprosił o to prezydent Kaczyński. Został sekretarzem stanu w MON, potem szefem prezydenckiej kancelarii, w końcu szefem MON, a wreszcie - BBN.
Krótko ostrzyżony sprawiał wrażenie służbisty, pracował po kilkanaście godzin dziennie. Za to i za zwykle niewygładzony język publicznych wypowiedzi nie kochała go Warszawa, jej salony, media. Sam też ich nie lubił. "Nie zamierzam udzielać się na rautach, przyjęciach. Prawdziwe życie, prawdziwi ludzie są na prowincji" - mówił.
Trochę się otwierał, gdy rozmowa schodziła na lotnictwo. To była jego pasja. Śmiał się, że przez nią ominęła go działalność opozycyjna w PRL. Bo kiedy w sierpniu 1980 r. wybuchły strajki, on jako 17-latek szlifował umiejętności na kursie pilota szybowcowego. Pozostał tej pasji wierny. Zdobył licencję pilota samolotów turystycznych. Z dumą nosił w klapie wojskowego orzełka - pamiątkę z okresu, kiedy był szefem MON. Może więc zawód prawnika, polityka nie był jego największym marzeniem.
Nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem"
Aleksander Szczygło był niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym politykiem z Warmii i Mazur. Iwona Arent, posłanka PiS, nie ukrywa, że to właśnie od niego uczyła się, jak zostać dobrym politykiem. - Miał świetnie sprecyzowane poglądy prawicowe i był bardzo zasadniczy: jeśli podjął już jakąś decyzję, to nie zmieniał jej pod byle pretekstem - wspomina. - Ale był też dobrym człowiekiem i kolegą. Nigdy nie odmawiał pomocy.
- Był moim mentorem, a ja, podobnie jak kilku innych młodych ludzi z jego najbliższego otoczenia, do tej pory nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem" - wspomina Paweł Lulewicz, pracownik jego biura poselskiego. - Na zewnątrz wydawał się człowiekiem bardzo powściągliwym i surowym. Ale my, jego współpracownicy, znaliśmy też jego drugie oblicze - wyrozumiałego szefa z poczuciem humoru.
Lulewicz zapytał kiedyś Szczygłę, dlaczego nie ma żony i dzieci. - Powiedział mi wówczas tak: "ty masz wspaniałą żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta. Taką drogę wybrałem i będę się jej trzymał do końca. Nie byłbym w stanie pogodzić jej z życiem rodzinnym" - opowiada. - To był wielki patriota i urzędnik z krwi i kości, który całe swoje życie poświęcił dla pracy na rzecz naszego państwa.
Aleksander zwany Markiem
Aleksander był najmłodszym z sześciorga rodzeństwa. - To był taki nasz beniaminek: najbardziej kochany, najbardziej rozpieszczany. Dlatego nigdy nie oberwał od mamy ścierką, a nam się trafiało - wspomina Krystyna Bieńkowska, starsza siostra Aleksandra Szczygły.
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, wszystkim znany jako Aleksander, w domu nazywany był Markiem. Aleksandra dla najmłodszego dziecka wymyślił ojciec. Jednak do tego stopnia nie spodobało się to starszemu rodzeństwu, że nazywali go po swojemu Markiem. I tak zostało. - Nawet teraz, jak przyjeżdżał z Warszawy, tak go nazywaliśmy. Zdarzało się, że jak dzwoniliśmy do niego do pracy, to prosiliśmy Marka Szczygło do telefonu. Wtedy sekretarki mówiły, że tu takiego nie ma. Musieliśmy się poprawiać - wspomina siostra.
- Rodzice nie byli bogaci, bo nas przecież było sześcioro, ale każdemu starali się zapewnić jako takie wykształcenie. Marek zaszedł z nas najdalej, ale i uczył się najwięcej. Jak wspominam jego życie, to tylko książki, nauka, jedne studia, drugie studia, aplikacje, praca, polityka. Nawet nie miał czasu założyć rodziny - wzdycha.
Mimo że rodzina była z jego kariery dumna, to w domu o polityce się nie rozmawiało. - Nasz tata zawsze powtarzał, że praca i polityka zostają za progiem.
21 kwietnia został pochowany w Kwaterze Smoleńskiej na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Czar Lecha Kaczyńskiego
Urodził się w 1963 r. w podolsztyńskich Jezioranach. Prawnik, od stycznia 2009 r. szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Był jednym z najbliższych współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Ale bardziej pasowałoby słowo "podopieczny" lub "uczeń".
Aleksander Szczygło po raz pierwszy zobaczył swojego mistrza, kiedy studiował prawo na Uniwersytecie Gdańskim w latach 80. Kaczyński tam wykładał. Osobiście poznali się jesienią 1990 r., kiedy Szczygło dostał posadę w Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", gdzie wszyscy prawnicy podlegali Kaczyńskiemu jako wiceszefowi związku.
Współpracownicy Szczygły z tamtych czasów wspominają go jako osobę całkowicie niezależną. W czasie pierwszych wyborów prezydenckich na drzwiach pokoju powiesił plakat Tadeusza Mazowieckiego. W miejscu gdzie wszyscy popierali Lecha Wałęsę, był to akt odwagi.
Potem uległ czarowi Lecha Kaczyńskiego. Związał się z nim na dobre i na złe - zawdzięczał mu wykształcenie, karierę, a być może także samotność. Gdy Kaczyński był prezesem Najwyższej Izby Kontroli, Szczygło został szefem jego biura. Gdy Kaczyński odchodził z Izby, wysłał na stypendium do USA Szczygłę, Elżbietę Kruk, późniejszą szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Sławomira Skrzypka, późniejszego prezesa NBP. Tak Kaczyński dbał o kadrę zaufanych urzędników.
Po powrocie z Uniwersytetu w Wisconsin Szczygło pracował w Głównym Inspektoracie Pracy, Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w PKO BP. Kiedy w 2001 r. na scenie politycznej pojawiło się Prawo i Sprawiedliwość, stanął w pierwszym szeregu kampanii wyborczej. Poręczył dla partii kredyt. Zdobył mandaty poselskie w 2001, 2005 i 2007 r. Bez wahania jednak rezygnował z ław poselskich, gdy tylko poprosił o to prezydent Kaczyński. Został sekretarzem stanu w MON, potem szefem prezydenckiej kancelarii, w końcu szefem MON, a wreszcie - BBN.
Krótko ostrzyżony sprawiał wrażenie służbisty, pracował po kilkanaście godzin dziennie. Za to i za zwykle niewygładzony język publicznych wypowiedzi nie kochała go Warszawa, jej salony, media. Sam też ich nie lubił. "Nie zamierzam udzielać się na rautach, przyjęciach. Prawdziwe życie, prawdziwi ludzie są na prowincji" - mówił.
Trochę się otwierał, gdy rozmowa schodziła na lotnictwo. To była jego pasja. Śmiał się, że przez nią ominęła go działalność opozycyjna w PRL. Bo kiedy w sierpniu 1980 r. wybuchły strajki, on jako 17-latek szlifował umiejętności na kursie pilota szybowcowego. Pozostał tej pasji wierny. Zdobył licencję pilota samolotów turystycznych. Z dumą nosił w klapie wojskowego orzełka - pamiątkę z okresu, kiedy był szefem MON. Może więc zawód prawnika, polityka nie był jego największym marzeniem.
Nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem"
Aleksander Szczygło był niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym politykiem z Warmii i Mazur. Iwona Arent, posłanka PiS, nie ukrywa, że to właśnie od niego uczyła się, jak zostać dobrym politykiem. - Miał świetnie sprecyzowane poglądy prawicowe i był bardzo zasadniczy: jeśli podjął już jakąś decyzję, to nie zmieniał jej pod byle pretekstem - wspomina. - Ale był też dobrym człowiekiem i kolegą. Nigdy nie odmawiał pomocy.
- Był moim mentorem, a ja, podobnie jak kilku innych młodych ludzi z jego najbliższego otoczenia, do tej pory nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem" - wspomina Paweł Lulewicz, pracownik jego biura poselskiego. - Na zewnątrz wydawał się człowiekiem bardzo powściągliwym i surowym. Ale my, jego współpracownicy, znaliśmy też jego drugie oblicze - wyrozumiałego szefa z poczuciem humoru.
Lulewicz zapytał kiedyś Szczygłę, dlaczego nie ma żony i dzieci. - Powiedział mi wówczas tak: "ty masz wspaniałą żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta. Taką drogę wybrałem i będę się jej trzymał do końca. Nie byłbym w stanie pogodzić jej z życiem rodzinnym" - opowiada. - To był wielki patriota i urzędnik z krwi i kości, który całe swoje życie poświęcił dla pracy na rzecz naszego państwa.
Aleksander zwany Markiem
Aleksander był najmłodszym z sześciorga rodzeństwa. - To był taki nasz beniaminek: najbardziej kochany, najbardziej rozpieszczany. Dlatego nigdy nie oberwał od mamy ścierką, a nam się trafiało - wspomina Krystyna Bieńkowska, starsza siostra Aleksandra Szczygły.
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, wszystkim znany jako Aleksander, w domu nazywany był Markiem. Aleksandra dla najmłodszego dziecka wymyślił ojciec. Jednak do tego stopnia nie spodobało się to starszemu rodzeństwu, że nazywali go po swojemu Markiem. I tak zostało. - Nawet teraz, jak przyjeżdżał z Warszawy, tak go nazywaliśmy. Zdarzało się, że jak dzwoniliśmy do niego do pracy, to prosiliśmy Marka Szczygło do telefonu. Wtedy sekretarki mówiły, że tu takiego nie ma. Musieliśmy się poprawiać - wspomina siostra.
- Rodzice nie byli bogaci, bo nas przecież było sześcioro, ale każdemu starali się zapewnić jako takie wykształcenie. Marek zaszedł z nas najdalej, ale i uczył się najwięcej. Jak wspominam jego życie, to tylko książki, nauka, jedne studia, drugie studia, aplikacje, praca, polityka. Nawet nie miał czasu założyć rodziny - wzdycha.
Mimo że rodzina była z jego kariery dumna, to w domu o polityce się nie rozmawiało. - Nasz tata zawsze powtarzał, że praca i polityka zostają za progiem.
21 kwietnia został pochowany w Kwaterze Smoleńskiej na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Najczęściej czytane
- 1.Pisała fizykę, a myślała, że to... WOS. Matura do powtórki?
- 2.Najwięcej samobójstw księży jest w najbardziej religijnym regionie Polski
- 3."Polityka" o Marcie Kaczyńskiej: Może być problemem dla prezesa PiS
- 4.Wałęsa: Tusk powinien spałować związkowców przed Sejmem
- 5.Wstrząsająca pomyłka: Teksas stracił niewinnego mężczyznę. Opowieść o dwóch Carlosach
- 6."Marsz w Brukseli to będzie samobój, PiS wyjdzie na eksportera obciachu"
- 7.Jądro ateizmu tuż za granicą Polski. Dawne wschodnie Niemcy bez Boga



