Justyna Moniuszko (06.07.1985 - 10.04.2010)

Joanna Klimowicz, red
07.04.2011 , aktualizacja: 07.04.2011 18:52
A A A Drukuj
Stewardessa. Miała 24 lata. Jej wielką pasją było lotnictwo. Skakała ze spadochronem, latała szybowcem. Była pogodną dziewczyną, wszyscy bardzo ją lubiliśmy - wspomina Urszula Bocheńska, była dyrektor Aeroklubu Białostockiego. - Wszędzie można życie stracić tato - Justyna dowodziła ojcu, kiedy martwił się o jej latanie. A kochała je ponad wszystko.
Justyna Moniuszko
Fot. MON
Justyna Moniuszko
Pogrzeb Justyny Moniuszko. Białystok
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja
Pogrzeb Justyny Moniuszko. Białystok
ZOBACZ TAKŻE
W sobotę 10 kwietnia tato Justyny włączył telewizor. Wiedział, że to lot Justynki. Ręce się trzęsły gdy sięgał po telefon. Na początku była nadzieja - mogła się uratować... Jednak nie. Na końcu przeraźliwie długiej listy - nazwisko Moniuszko. Z Warszawy jedzie do Białegostoku oficjalna delegacja. Wiadomość o śmierci Justynki przekazuje rodzinie osobiście płk Marek Miłosz. Ten sam, który sześć lat temu uratował z katastrofy śmigłowiec, na pokładzie którego był ówczesny premier Leszek Miller. Pułkownik znał Justynę, latał z nią, cenił.

Tata Justyny Zdzisław nie jest w stanie powstrzymać łez. Bał się o swoją iskierkę, zdarzyło się nawet, że krzyknął, po wypadkach, którym ulegali kursanci. I tak sobie myśli, że może ostatnio dzięki temu mniej było tych skoków ze spadochronem. Ale o Tupolewie złego słowa nie dawała powiedzieć. Bezpieczny, komfortowy i już. A znała się świetnie na konstrukcji samolotów, więc nie było powodów jej nie wierzyć. Poza tym latała z najważniejszymi w państwie. To już bardziej dbać o maszynę takiej delegacji przecież nie można.

- Wszędzie można życie stracić tato - dowodziła Justyna. A latanie kochała ponad wszystko. Nikt jej więc w tym nie przeszkadzał.

Tak szybko żyła, jakby coś czuła

Dom rodzinny wydaje się bez niej zbyt duży i zbyt pusty. Kiedy Justynka do niego wpadała, jak po ogień, zawsze w locie, wszędzie jej było pełno. Uśmiechem rozświetlała każdy pokój. Teraz cicho tam i smutno.

Jej brat Grzegorz w chwili wypadku był Holandii, gdzie robił doktorat z biochemii. W pierwszej reakcji na informację o jej śmierci napisał na blogu: "Mimo, że była młodsza ode mnie, z racji swojej otwartości i energii życiowej, miała znacznie więcej przyjaciół i znajomych, z nią po prostu zawsze było wesoło. Śmialiśmy się, że razem stanowimy kompletną osobę z właściwą dozą energii i radości wnoszonej przez nią za nas dwoje, oraz ostrożności i powolności, którym ja mam w nadmiarze. Teraz pozostała tylko połowa tej osoby, czuję się ułomny, jakby ktoś pozbawił mnie połowy istnienia. Nie znam takich słów, które dobrze opisałaby to uczucie, ale nie życzę najgorszemu wrogowi przeżywania czegoś podobnego".

Tacy różni, a zawsze się kochali i przekomarzali. Grześ - stateczny, rozważny. Justyna - iskra, wiatr, burza. Nawet w przedszkolu nie leżakowała.

- Tak szybko żyła, jakby coś czuła... - ojciec znów chowa twarz w dłoniach.

Jedno jeszcze przychodzi babciom na myśl, jak tak siedzą i wspominają, bo co innego robić, teraz to już tylko wspomnienie po Justynce. Że niczego się nie bała. Kiedy jej tato przed rokiem miał poważną operację, czekała do północy aż się wybudzi i dopiero wtedy, sama pojechała samochodem do Warszawy - raniutko miała lot.

Babcia Marianna pamięta jak przyjechała na jej Pierwszą Komunię Świętą. Kościół nabity po brzegi, babcia słyszy z daleka głos wnuczki jak dzwoneczek. Mała do mikrofonu wita kościelnych dostojników. Rezolutnie jej wyszło.

Zawsze wszystko jej wychodziło. Jak postanowiła, że będzie grać na gitarze, to nauczyła się sama. I pięknie grała. Zwłaszcza harcerski "Budzik".

Jej motto brzmiało: "Droga do celu jest równie ważna jak on sam". Od początku uczyła się świetnie, ale to nie wystarczało. Był samorząd szkolny, było harcerstwo, obozy, biwaki, rajdy, opieka nad dziećmi z zastępu. Prosto ze ślubu Grzesia gnała nad morze na obóz z dziećmi niepełnosprawnymi.

Jak pięknie jest być na niebie

Umiłowaniem przestworzy zaraziła się w harcerstwie, do którego w VII klasie wciągnęła ją najbliższa przyjaciółka Marzena. Właściwie jak siostra. Druga siostra, bo trzecią była Ula Bardłowska. Marzena i Justyna mieszkały obok, codziennie u siebie przesiadywały. Najpierw zrobiły stopień drużynowej, potem chciały robić przewodnika. Dlatego postawiły sobie zadanie: kurs spadochronowy. Justyna, Marzena i koleżanka z drużyny Dorota pakują się w jeden plecak i wyruszają na lotnisko Radawiec pod Lublinem, tam znalazły kurs bezpłatny. Z pierwszego skoku niewiele pamiętają

- Miałyśmy prosty sposób na stres: śpiew i śmiech - wspomina Dorota. - Przy drugim skoku Justynka krzyczała: "Jak pięknie jest być na niebie!" Wylądowały z Marzeną w sadzie i trochę się wystraszyły. Ale Justyna nie tak znowu bardzo. Tak to się zaczęło

Koleżanki z 93 Białostockiej Drużyny Harcerskiej "Na próbie" spotykają się w poniedziałek grubo przed wieczorną mszą za Justynę w kościele św. Maksymiliana Kolbego. Muszą mieć parę godzin, żeby się nagadać, pooglądać dziesiątki zdjęć i kronikę drużyny, którą w dużej mierze tworzyła sama Justyna. O, jest jej wpis po ślubowaniu harcerskim w 2002 roku, złożonym pod wodospadem Siklawa w Tatrach: "Jak dobrze dostać potwierdzenie, że zmierzam w dobrym kierunku".

O, jest zdjęcie Justyny w brązowej chustce, uwielbiała ją. I w sukience na sylwestra. Biegały o północy boso po śniegu, robiły w tych kreacjach orzełki.

Karolina ma pod powiekami taki obrazek: - Justyna była zastępową "Świetlików", zastępu najmłodszych dziewczynek, takich kochanych przytulanek. Na biwaku siedzi z dwiema, obejmuje je, gadają. Wieczorami opowiada im bajki.

Ania wyciąga z torebki t-shirta, którego przyozdobiła Justyna. Z przodu wymalowała glob z siedzącym na nim aniołkiem, z tyłu - napis: "Byle byłoby na końcu schronisko". - Gdy szła w tej koszulce przed nami podczas górskiej wspinaczki, te słowa dawały nadzieję. Teraz Justynka już się przekonała, czy czeka tam na nas schronisko...

Dziewczyny poważnieją. Ale na moment. Ania zaraz znów się śmieje, opowiadając o tym, jak narzekała na swoją nietwarzową baskijkę (nakrycie głowy, beret). Justyna od razu zaproponowała, żeby się zamieniły. - A jej była jeszcze gorsza - śmieje się Ania. - Tylko że Justynka wcale a wcale się tym nie przejmowała.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się