- Nikt nie przewidział takiej sytuacji, bo przy uchwalaniu ordynacji było wielkie zamieszanie - tłumaczy w rozmowie z
TVP Info Andrzej Grzyb (
PSL), szef sejmowej komisji ds. UE.
Na czym polega problem? Prawdopodobnie w trakcie tej kadencji wejdzie w życie Traktat Lizboński. Wówczas niektórym krajom wzrośnie liczba reprezentantów. Kraje te już w wyborach 7. czerwca wybiorą nadprogramowych europosłów. Polska - nie. "Nadprogramowi" - do momentu wejścia w życie Traktatu - będą mieli status "obserwatorów" z prawem do uczestnictwa w posiedzeniach, ale bez prawa głosu. Gdy Traktat zacznie obowiązywać, "obserwatorzy" automatycznie zostaną pełnoprawnymi parlamentarzystami.
Polska nie będzie miała "obserwatora", choć Traktat z Lizbony zakłada, że liczba naszych europosłów wzrośnie z 50 do 51. W trakcie najbliższych wyborów dodatkowego - 51. - kandydata nie wybierzemy, bo nasi posłowie... zapomnieli - podaje TVP Info. - Szkoda, że Polacy przegapili taką szansę. Taki obserwator od początku bierze udział w pracach i nie musi się później wdrażać, ani uczyć wszystkich procedur - mówi europosłanka Genowefa Grabowska (SDPL).
Nie wiadomo, w jaki sposób wybierzemy 51. eurodeputowanego. Niewykluczone, że trzeba będzie przeprowadzić ogólnopolskie wybory. - Ustawodawcy zapisali, co robić w przypadku, gdy europoseł zrezygnuje z mandatu, nie ma jednak ani słowa o dodatkowym miejscu. Nie może wejść następny poseł z listy. To nie jest takie proste - wyjaśnia Lech Gajzler z PKW.
Działająca wstecz nowelizacja ordynacji już po wyborach może nie wystarczyć - zauważa TVP Info. Trybunał Konstytucyjny ograniczył możliwość nowelizacji prawa wyborczego. Uznał, że można to robić nie później, niż na pół roku przed wyborami. - Trudno uwierzyć, że uzna nowelizację dokonaną już po wyborach - podkreśla TVP Info.