Słyszeliście kiedyś o tragedii wspólnego pastwiska? W XIX wieku wspólnoty wiejskie w Anglii hodowały na pastwiskach bydło. Ale kiedy pojawił się większy popyt na mleko i mięso, jeden z rolników stwierdził, że wypuści na pastwisko jeszcze jedną swoją krowę, co pozwoli mu na większe przychody z mleka. Faktycznie zarobił, kupił kolejne krowy i zarabiał na tym coraz więcej. Inni mieszkańcy wioski patrzyli na bogacącego się sąsiada i doszli do wniosku, że też chcą zarobić. Więc i oni wpuścili na pastwisko kolejne krowy. Im więcej krów ktoś miał, tym więcej zarabiał. Jednak pojawił się problem - tam, gdzie wcześniej pasło się 100 krów, teraz było 500. Trawa przestała odrastać, a wyjałowione pastwisko stało się klepiskiem. Mieszkańcy stracili pastwisko, a ich krowy przestały dawać mleko. Wszyscy podejmowali optymalne dla siebie decyzje, które jednak w rezultacie doprowadziły do zniszczenia współdzielonych zasobów, pomimo tego, że nie leżało to w niczyim długoterminowym interesie. Proces, w którym ktoś odnosi korzyści kosztem innych to eksternalizacja (czasem po polsku określana miłym słowem "zewnętrzności").
Kto szkodzi, ten płaci Problem pastwiska znalazł w historii proste rozwiązanie - podział i prywatyzację pól, w wyniku czego każdy z właścicieli dbał o dobry stan tego, co do niego należy. Jednak nie zawsze rozwiązanie problemu jest tak proste.
Klasycznym przykładem eksternalizacji są np. ścieki czy emisje pyłów i tlenków siarki i azotu z kominów. W interesie właściciela fabryki jest zmaksymalizowanie zysków, a ponieważ budowa oczyszczalni czy założenie filtrów oznaczałyby dla niego duże koszty i żadnych korzyści, nie buduje ich.
Problem mają ci w dole rzeki lub tysiące nieznajomych ginących w trującej mgle. A gdyby, wiedziony poczuciem odpowiedzialności za innych, zdecydował się jednak na zainstalowanie tych urządzeń, musiałby uwzględnić to w cenie swoich produktów, przez co mniej prospołecznie nastawiona konkurencja puściłaby go z torbami.
Ale poradziliśmy sobie z tym - budujemy oczyszczalnie ścieków i filtry na kominach. Niestety, nie dlatego, że staliśmy się altruistyczni, ale dlatego, że te eksternalizacje zostały wycenione i zaczęli płacić za nie ci, którzy szkodzą. Gdy zrzucanie ścieków do rzeki lub kopcenie przez komin zostają wycenione w zgodzie z powodowanymi szkodami, szybko okazuje się, że opłaca się instalować filtry i oczyszczalnie.
Nie patrzmy czyje krowy, bo pastwisko diabli wezmą Ale miało być o Kopenhadze, a jest o eksternalizacjach. Dlaczego? Ponieważ spalanie paliw kopalnych prowadzące do emisji dwutlenku węgla, powodującego zmiany klimatu, to klasyczna eksternalizacja. Korzysta ten, co go spala, czy to osoba prywatna jadąca samochodem, czy to fabryka starająca się sprzedać jak najwięcej produkowanych przez siebie gadżetów, czy to państwa, które cieszą się z rosnącej produkcji i idącego za tym wzrostu PKB. Nic więc dziwnego, że nikt nie chce rezygnować z korzyści, a chciałby, żeby ograniczał się ktoś inny.
O ile kwestię jakości wód w rzekach da się rozwiązać na poziomie krajowym (lub regionalnym), to emisje gazów cieplarnianych są problemem w skali światowej - nie ma znaczenia, czy molekuła dwutlenku węgla zostanie wypuszczona do atmosfery w Polsce czy w Chinach. Tak, jak na pastwisku, nie ważne, czyja jest krowa - jeśli będzie ich za dużo, pastwisko diabli wezmą.
Kupą, mości panowie Jak zauważają czasem sceptycy zmian klimatu, gdyby Polska z dnia na dzień w ogóle przestała używać węgla, ropy i gazu, unieruchamiając tym samym swoje elektrownie, fabryki, maszyny rolnicze i samochody, to gdyby inne kraje podążały dalej obecnym kursem, to do końca stulecia temperatura wzrosłaby nie o 3-4°C, lecz o 0.01°C mniej. Efekt praktycznie żaden. Gdyby zrobiły tak np. Stany Zjednoczone, to wzrost temperatury byłby mniejszy o 0.20°C. Wciąż niewiele. Wyłączenie emisji w Chinach dałoby jakieś 0.40°C. Też mało. Jedyne, co może dać rzeczywisty efekt, to wspólne działanie społeczności międzynarodowej.
... i oceany odparują, a Ziemia zawrze Jak na razie średnia temperatura planety wzrosła o 0.7°C. Naukowcy powszechnie przyjmują, że przekroczenie progu 2°C wiązałoby się bardzo poważnym ryzykiem. To poziom, który był osiągany w ostatnich okresach interglacjalnych - jeśli zostanie przekroczony, to w ciągu dziesięcioleci przerzucimy klimat w stan, w jakim nie był od kilku (a nawet kilkudziesięciu) milionów lat.
Znikną lodowce Himalajów i Andów zapewniające stabilne dostawy wody dla setek milionów ludzi, przesuną się strefy klimatyczne, zniknie lód w Arktyce, pod wodą zaczną znikać wyspy koralowe, delty rzek i porty. A to może być dopiero początek. W skrajnym przypadku, jeśli spalimy wszystkie paliwa kopalne od ropy po łupki bitumiczne, to zakwasimy oceany do stanu, w jakim nie były od ćwierć miliarda lat i podniesiemy temperaturę planety o kilka stopni na dziesiątki tysięcy lat, w skrajnym przypadku doprowadzając do wyzwolenia pokładów hydratów metanu z dna oceanicznego i przez odparowanie oceanów doprowadzając Ziemię do stanu gorętszej od wnętrza piekarnika Wenus.
Wszyscy chcą dobrze, ale kto zapłaci? W ostatnim roku grupa krajów, które zaakceptowały cel ograniczenia wzrostu średniej temperatury Ziemi do poziomu poniżej 2°C bardzo się rozrosła: liczy ona już 133 kraje. Nawet Stany Zjednoczone zaakceptowały w czerwcu 2009 cel grupy G8 zakładający ograniczenie globalnego wzrostu temperatury do 2°C. W sumie państwa, które wzywają do ograniczenia wzrostu temperatury do poziomu nie większego niż 2°C odpowiadają za 75 procent światowej produkcji energii i emisji CO2, a zamieszkuje je 80 procent ludności świata.
Wydaje się, że to mogłoby dobrze wróżyć negocjacjom w Kopenhadze. Problem jednak w tym, że każdy by chciał, aby koszty ponosili inni. A skala koniecznych zmian w infrastrukturze jest olbrzymia. Aby ograniczyć prawdopodobieństwo przekroczenia progu 2°C do 25 procent, emisje światowe powinny zmniejszyć się o 50 procent lub więcej. Zakładając równe emisje na osobę w roku 2050,
USA musiałyby ograniczyć swoje emisje o około 90 procent, a Chiny o 50%.
Obiecanki, cacanki, rozwiązania nie ma Państwa uprzemysłowione, w tym USA i UE, mówią, że u nich już emisje nie rosną, a praktycznie cały wzrost przypada na kraje rozwijające się. Te z kolei, z Chinami i Indiami na czele, odpowiadają, że i tak emisje na osobę są u nich o rząd wielkości mniejsze niż w krajach uprzemysłowionych i mają prawo żyć tak, jak my, z samochodami, telewizorami, lodówkami i wakacjami na drugim końcu świata. Politycy jak mogą odkładają trudne decyzje, żeby to nie oni musieli je podejmować. W ostateczności składają deklaracje, że do roku 2050 ograniczymy emisje o x%. Czyli dziś żyjemy wygodnie, a naszym dzieciom mówimy, że "zobowiązujemy się ograniczyć WASZE emisje".
Jak bardzo nasza wygoda życia jest zależna od paliw kopalnych i ile emisji dwutlenku węgla wiąże się z naszym stylem życia, można sprawdzić korzystając z osobistego kalkulatora emisji dwutlenku węgla, np. http://ziemianarozdrozu.pl/apps/online/pl/kalkulator.html.