W piątek Andrzej Kosiór, od początku lipca prezes wałbrzyskiego MPK, poinformował prokuraturę, że w kasie spółki brakuje ponad 500 tys. zł. Nowy prezes rządzi z nominacji Romana Szełemeja, wałbrzyskiego komisarza, a zarazem kandydata na prezydenta w sierpniowych, powtarzanych wyborach. Kosiór zastąpił Ireneusza Zarzeckiego, poprzedniego prezesa spółki, członka Platformy Obywatelskiej i radnego powiatowego.
Dlaczego Szełemej pozbył się Zarzeckiego?
- Gdy zostałem powołany na komisarza, przyjrzałem się dokładnie kondycji MPK - mówi nam Roman Szełemej. - Sytuacja finansowa spółki była tragiczna. Z analizy dokumentacji wynikało, że mogły tam być nieprawidłowości. Do takich samych wniosków doszedł nowo powołany prezes.
Szełemej twierdzi, że nie zna szczegółów doniesienia, jakie Kosiór złożył w prokuraturze. Tym samym nie wie, o jakie nieprawidłowości może chodzić, na jaką skalę ani kto jest za nie odpowiedzialny.
Dowiedzieliśmy się, że obecny prezes MPK winą za defraudację pieniędzy obarcza swojego poprzednika oraz specjalistę z działu marketingu Romualda K. (członka
PiS). Pieniądze miały być wyprowadzane poprzez zaliczki na delegacje i zakupy sprzętu, a także przez służbowe karty kredytowe. Te wydatki nie zostały nigdy rozliczone. Z naszych ustaleń wynika, że w ten prawdopodobnie wieloletni proceder mogło być zaangażowanych więcej osób z kierownictwa firmy.
Piotr Kruczkowski, prezydent Wałbrzycha w czasie, kiedy pieniądze w MPK miały być defraudowane, jest sytuacją zaskoczony. W ubiegłym roku wypłacił prezesowi Ireneuszowi Zarzeckiemu nagrodę za dobre wyniki.
- Nigdy nie docierały do mnie żadne sygnały, że coś może być nie tak - mówi nam Kruczkowski. - Bilanse były w porządku, a spółka była kontrolowana przez
NIK i Urząd Kontroli Skarbowej, które również niczego nie wykryły.
Ireneusz Zarzecki odmówił nam rozmowy. Nieoficjalnie wiemy, że przyznał się do "pożyczania" pieniędzy z kasy MPK i zadeklarował, że wszystko zwróci. W piątek złożył rezygnację z członkostwa w PO.
Jeszcze przed wizytą Andrzeja Kosióra w prokuraturze wałbrzyskiemu MPK zaczęło przyglądać się Centralne Biuro Antykorupcyjne. Dwa tygodnie temu do wrocławskiej delegatury CBA zgłosił się jeden z pracowników MPK i przyznał się do wyprowadzania z niego pieniędzy. Ten człowiek miał zeznać, że część z defraudowanych kwot była wpłacana na fundusz wyborczy Platformy Obywatelskiej. CBA oficjalnie nie komentuje sprawy.
- Tak, był taki świadek i tak powiedział. Sprawa jest obecnie badana przez wrocławską delegaturę biura - potwierdza nam nieoficjalnie jeden z pracowników centrali CBA w Warszawie.
Gdy powiedzieliśmy o tym wątku Piotrowi Kruczkowskiemu, odpowiedział tylko: - To jakieś science fiction.
Komentuje Jerzy Sawka: Idioci przed złodziejami W tej sprawie pojawia się wątek finansowania kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej przez defraudantów z MPK. Jeśli to prawda, to Wałbrzychem rządzili idioci i złodzieje, z palmą pierwszeństwa dla idiotów, gdyż nawet złodzieje bywają inteligentni. Tylko w głowie kacyka przekonanego o swojej nietykalności mógł narodzić się taki plan wzbogacania się, czy też wspomagania swojej kamaryli. Jest też druga możliwość: że to nieprawda, że zeznanie owego świadka CBA to klasyczna ucieczka w upolitycznienie sprawy. W Wałbrzychu dziś wszystko jest polityczne. Pokazała to sprawa fałszywej listy nastolatka. Za chwilę ktoś złapany tam na kradzieży wina będzie krzyczał, że jest szykanowany za politykę.
Trzeba mieć nadzieję, że nie wszystko spsiało.