Przeszli w 70. rocznicę Zagłady. "Trzeba przypominać"

22.07.2012 20:00
Marsz Pamięci w 70. rocznicę wielkiej wywózki mieszkańców warszawskiego getta

Marsz Pamięci w 70. rocznicę wielkiej wywózki mieszkańców warszawskiego getta (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Marsz Pamięci w rocznicę wielkiej wywózki mieszkańców warszawskiego getta przeszedł dziś ulicami Warszawy. Oficjalne obchody oddające hołd ofiarom tej tragedii zorganizowano po raz pierwszy. Dotąd hołd żydowskim ofiarom oddawano 19 kwietnia w dniu wybuchu powstania w getcie.
22 lipca temu 1942 roku Niemcy rozpoczęli masowe deportacje z dzielnicy żydowskiej. W ciągu dwóch miesięcy do obozu zagłady w Treblince wywieziono z Warszawy ponad 250 tys. Żydów. Razem z zabitymi na miejscu liczba mieszkańców getta zmalała o 300 tysięcy. Dzisiejszy marsz wyruszył spod Umschlagplatz, skąd odjeżdżały transporty śmierci.

Pamiętajcie!

Jego cel: przypomnienie tej bezprecedensowej tragedii i uczczenie pamięci najmłodszych ofiar Zagłady. - To dlatego, że dzieci były największą ofiarą Holocaustu. W grupie od zera do 15 lat przeżycie było bardzo małe. W Warszawie po wielkiej akcji ocalało może 500 dzieci. Chcemy przypomnieć sieroty z domów dziecka - mówi prof. Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. To właśnie ŻIH wspólnie z miastem i organizacjami pozarządowymi zorganizowali uroczystości.



Tym, którzy przyszli pod pomnik Umschlagplatz, dziewczyny ze stowarzyszenia "Drugie pokolenie" rozdawały kolorowe wstążki z imionami dzieci, które zginęły wywiezione do obozów koncentracyjnych. Uczestnicy mieli je zawiesić na ogrodzeniu dawnego sierocińca przy ul. Jaktorowskiej, w którym pracował Janusz Korczak.

- Ja przypięłam wstążeczkę z imieniem mojego brata. Nawet go nie pamiętam, wiem, że został wywieziony z matką z getta w Krakowie do obozu w Auschwitz - mówiła starsza pani imieniem Anna. - Trzeba przypominać o tym, że w tym mieście, które dba o szkoły, place zabaw, wymordowano kiedyś 50 tys. dzieci.

Marsz ruszył po tym, jak naczelny rabin Polski Michael Schudrich odczytał po hebrajsku starotestamentowe "Treny Jeremiasza".



Wśród maszerujących była Stanisława Frycz-Ścibor, która mieszka niedaleko: - Po Powstaniu Warszawskim wylądowałam w Milanówku i sama bałam się, że zostanę rozstrzelana. Wiem, co ci ludzie w getcie przeżywali - mówiła.

Joanna i Andrzej Kluczyńscy z dziećmi przyjechali z Białegostoku. By przejść w marszu, specjalnie zatrzymali się w Warszawie, wracając z wakacji. - Ja wspominam dziś przyjaciółkę mojej babci Rachelę Kotek - mówi Andrzej Kluczyński. - W dzieciństwie babcia dużo opowiadała o niej, pokazywała pamiątki. Rachela Kotek nie przeżyła wojny, zginęła w getcie. Bardzo chciałbym, by te marsze stały się tradycją. Żeby 22 lipca kojarzył się też z pamięcią o polskich Żydach. Ale by tak się stało, to tej pamięci trzeba już uczyć w szkołach, trzeba opowiadać o bogatej kulturze żydowskiej już w szkołach. Są wspaniałe szkoły, gdzie o tym mówi się dużo, ale w wielu nie mówi się wcale - dodaje.



Zobacz także
Najczęściej czytane