Głośnym echem odbiło się aresztowanie podkomisarza Tomasza Sz. W ubiegłym tygodniu trafił za kraty, bo okrutnie pobił swoją żonę. Dopadł ją, przewrócił, kolanami zablokował ręce i zaczął tłuc po twarzy. - Byłam przekonana, że tego nie przeżyję - relacjonowała
kobieta, która wylądowała w szpitalu.
Prokuratura przedstawiła policjantowi zarzuty znęcania się nad żoną i spowodowania u niej wielu obrażeń (m.in. złamania nosa i zwichnięcia ręki). Sąd aresztował podkomisarza na dwa miesiące. Funkcjonariusz zapewniał, że bardzo kocha żonę. Obecnie grozi mu wydalenie ze służby.
Do tej pory - jak informowała nas policja - cieszył się bardzo dobrą opinią. Miał szansę na karierę. Niedawno przeniesiono go z drugiego komisariatu do komendy wojewódzkiej. Z prokuratury wiemy jednak, że żona mężczyzny nie pierwszy raz miała z nim problemy, ale dla dobra
dzieci znosiła przemoc i wyzwiska.
"Gazeta" poznała raport Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji o reakcjach samej policji na przemoc w rodzinach funkcjonariuszy. Kontrola - zakończyła się we wrześniu 2010 roku - dotyczyła także Lublina.
W dokumencie czytamy, że wobec jednego z funkcjonariuszy wszczęto postępowanie "w związku ze stosowaniem przemocy fizycznej i psychicznej wobec jego żony". Kogo? W raporcie zamazano wskazujące na to informacje.
Jak udało nam się ustalić, był to wysoki oficer z komendy miejskiej w
Lublinie (jego nazwisko jest znane redakcji). Nie udało nam się z nim porozmawiać. Jego sekretarka ciągle powtarzała, że jest zajęty; w końcu przekazała nam, żeby zadzwonić do jego przełożonego.
Czy spotkały go jakieś konsekwencje? Dowiedzieliśmy się, że nie miał dyscyplinarki. Komendant miejski przeprowadził z nim jedynie tzw. rozmowę dyscyplinującą.
- Dość nietuzinkowe potraktowanie sprawy. Choćby cień podejrzeń wystarczy czasem, żeby oficera przesunąć na niższe stanowisko. A mówimy przecież o wysokim oficerze komendy miejskiej, któremu założono "Niebieską kartę" [wypełnia ją interweniujący policjant, gdy stwierdzi przemoc w rodzinie] - ocenia mundurowy z długim stażem.
To, że wspomniany policjant miał "Niebieską kartę", potwierdza rzecznik KWP Janusz Wójtowicz. Żadnych szczegółów nie ujawnia. - Postępowanie wyjaśniające zakończyło się dwa lata temu. Po tak długim czasie sprawę wykreślono z akt. Uznaje się ją za niebyłą - informuje. Jak tłumaczy rzecznik, "Niebieska karta" trafiła już do archiwum, a sprawa została potraktowana jedynie jako "incydent".
"Gazeta": - Dlaczego nie stracił stanowiska?
Janusz Wójtowicz: - Nie było do tego podstaw.
Co ciekawe, znacznie bardziej poważne konsekwencje spotkały dyżurnego z V komisariatu na lubelskim Czechowie. Nie przekazał on komendzie miejskiej informacji o innym policjancie, któremu żona zarzuciła znęcanie.
Potraktowano to jako zaniedbanie służbowe. W odróżnieniu od oficera, który sam miał być sprawcą przemocy domowej, dyżurnemu wytoczono dyscyplinarkę i ukarano go naganą. Dlaczego tak się stało? Możemy tylko domniemywać. Kontrolerzy z ministerstwa tłumaczą, że policja dostarczyła im zbyt mało danych. MSWiA nie mogło więc stwierdzić, czy wewnętrzne postępowania wobec mundurowych przeprowadzono zgodnie z przepisami.
Jest coś jeszcze. Biuro prawne komendy głównej stwierdziło, że nie można wytaczać dyscyplinarek za naruszenie zasad etyki służbowej w życiu prywatnym, gdy nie ma związku między przewinieniem a mundurem. A tak rzekomo jest z biciem żon.
Zobacz też Jak się bawią ważni ludzie