W sobotę o godz. 16.15 do centrali wrocławskiej straży pożarnej zadzwonił mężczyzna z informacją o podłożonej bombie w szpitalu na ul. Kamieńskiego. Na miejsce przyjechało natychmiast ok. 100 funkcjonariuszy różnych służb: strażaków, policjantów, pirotechników i pogotowia gazowego. Dyrektor szpitala prof. Wojciech Witkiewicz podjął wtedy decyzję o tym, by około stu będących w stosunkowo dobrym stanie pacjentów rodziny zabrały do swoich domów. Na miejscu zostało 298 pacjentów. Dwie godziny później okazało się, że alarm jest fałszywy.
Policja nie znalazła żadnego ładunku wybuchowego.
O godz. 19 do szpitala weszła jedna z salowych, która tego dnia pełniła nocny dyżur na oddziale intensywnej opieki medycznej. - Przed wejściem zobaczyła grupę mężczyzn, z których jeden miał powiedzieć: "Skoro nie ewakuowali wszystkich, to bomba wybuchnie o północy". Ta wiadomość dotarła do mnie pocztą pantoflową dopiero ok. godz. 23. Zdecydowałem o natychmiastowej ewakuacji, bo ta informacja w połączeniu z alarmem o godz. 16 była bardzo niebezpieczna - tłumaczy prof. Witkiewicz.
Na oddziale intensywnej terapii zostało jedynie 30 pacjentów w najcięższym stanie. Pozostałych rozwoziły autobusy, a tych, którzy byli w nieco gorszym stanie, karetki oraz lekarze prywatnymi
samochodami do jednego z czterech szpitali na terenie miasta. Na Kamieńskiego ładunku wybuchowego szukało około stu osób. Dyrektor placówki wezwał też 120 pracowników, którzy tego dnia mieli wolne od
pracy. Wykorzystano także psy. Około godz. 1.30 stwierdzono, że bomby nie ma. Wtedy zaczęto z powrotem zwozić pacjentów do szpitala.
Podczas akcji zmarła chora
kobieta. Jednak według policji jej śmierć nie miała bezpośredniego związku z alarmem bombowym, bo ta pacjentka nie była ewakuowana. Dyrektor jest tego samego zdania: - Jej stan był bardzo zły, miała rozsiew nowotworowy, nie łączyłbym tej śmierci z tym, co wydarzyło się w szpitalu. Ale pozostałych pacjentów narażono na stres i ryzyko pogorszenia stanu zdrowia.
W niedzielę rano pan Marcin przyjechał do szpitala wraz ze swoją ciężarną żoną. - Drugi raz tutaj wracamy po tych dwóch ewakuacjach. Żona bała się, była bardzo rozbita. Mam nadzieję, że już nic podobnego nas nie czeka, a policja złapie autora tego głupiego żartu.
Policja sporządziła portret pamięciowy mężczyzny, który zdaniem salowej mówił o podłożonym ładunku. Jeśli zostanie złapany i okaże się, że to on był autorem fałszywych alarmów bombowych, grozi mu osiem lat więzienia.