Karol Kłos: Marzy mi się włoska liga

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk
2009-12-29 , aktualizacja: 29.12.2009 23:21
A A A Drukuj
Wszyscy poznali mnie jako siatkarza, wiedzą, na co mnie stać, czego się obawiać. Rywale robią teraz wszystko, by wytrącić mi najlepsze zagrania - opowiada występujący w AZS Politechnika Karol Kłos, najlepszy siatkarz stolicy w plebiscycie "Gazety"
Karol Kłos
Fot. Kuba Atys / AG
Karol Kłos
Przemysław Iwańczyk: Trzeba było wielu lat, żeby ktoś zdetronizował Radosława Rybaka.

Karol Kłos: Aż tak dokładnie tego nie śledziłem, wiem, że w ubiegłym roku Radek wygrał na pewno. Wiadomość, że tym razem ja zostaję siatkarzem roku w Warszawie, była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Przyznam, że nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Szkoda mi Radka, ale z drugiej strony wyróżnienie zostaje u nas w klubie (śmiech).

Jaki to był rok dla pana?

- Pierwsze pół roku, może nawet siedem, osiem miesięcy były bardzo udane. Teraz, niestety, nie gram tak, jak bym chciał, jak wszyscy wkoło by chcieli. Liczyłem się jednak z tym, że drugi sezon w najwyższej lidze będzie dla mnie o wiele trudniejszy. Już wszyscy poznali mnie jako siatkarza, wiedzą, na co mnie stać, czego się obawiać. Rywale robią teraz wszystko, by wytrącić mi najlepsze zagrania. Mimo to jestem zadowolony, nawet chciałbym, żeby 2010 rok był przynajmniej taki, jak ten mijający.

Wiele nie brakowało, żebyś nie był siatkarzem Politechniki, bo jesteś do tego klubu tylko wypożyczony ze Skry Bełchatów.

- Miałem duży dylemat, co zrobić, minęło sporo czasu, nim podjąłem ostateczną decyzję, teraz oceniam, że zostając, postąpiłem bardzo dobrze. Bo choć nie idzie mi tak jak chcę, to chociaż regularnie gram. W tym sezonie wszystko zaczyna wracać powoli na właściwe tory. A Skra? Jeszcze kawałek drogi do tego, bym tam grał, pewnie po sezonie znów będą długie debaty, co zrobić. Zresztą ostateczna decyzja i tak należy do szefów mistrza Polski. Jestem ich zawodnikiem, po tym sezonie obowiązuje mnie z nimi jeszcze dwuletni kontrakt.

Jak to się stało, że zostałeś zawodnikiem Skry?

- Po mistrzostwach Polski juniorów dostałem z Bełchatowa propozycję długoletniej umowy od razu z opcją wypożyczenia do Politechniki. Działacze Skry uznali, że to będzie dla mnie lepsze niż pływanie w głębokiej wodzie i siedzenie na ławce. To najlepsze z możliwych rozwiązań. Skrze, wielokrotnemu mistrzowi, zdobywcy wielu Pucharów Polski, europejskiej drużynie, się nie odmawia. Dla młodego siatkarza, takiego jak ja, to spełnienie największego marzenia. Dzięki temu jestem spokojny o swoją przyszłość.

Nie bał się pan, że utknie w klubie, który ostatnio ściąga tylko wielkie gwiazdy? Daniel Pliński, Marcin Możdżonek - z nimi wygrać rywalizację będzie niezwykle trudno.

- Oczywiście ja też dostrzegam minusy tego wyboru, długo ważyłem, co będzie dla mnie najlepsze, ale jestem zdania, że nawet nie grając, od takich graczy jak Pliński czy Możdżonek można się wiele nauczyć.

W poprzednim sezonie Politechnika była rewelacją ligi - grającą widowiskowo, zaskakującą faworytów...

- To zasługa trenera Krzysztofa Kowalczyka. Może to złe słowo, ale zrobił coś z niczego. Z siatkarzy, którzy na papierze ustępują całej lidze, powstał zespół młodych graczy stawiający się najlepszym, np. Rafał Buszek przeszedł z ataku na przyjęcie i spisuje się świetnie. W jakimś szaleństwie z naszej strony była metoda. Opłacalna - dodajmy. Trener Kowalczyk stworzył prawdziwą drużynę, a nie zbieraninę indywidualności. Wygrywaliśmy najlepszych, czuliśmy i na boisku, i w codziennym życiu, że jesteśmy zawsze razem, monolit nie do złamania.

Po bardzo udanym sezonie dostał pan powołanie do kadry Daniela Castellaniego.

- To było niesamowite. Dostałem możliwość gry, trenowania, rozmowy, przebywania na co dzień z ludźmi, których dotąd oglądałem tylko w telewizji. Potraktowałem to jak naukę, możliwość wyciągnięcia od nich jak najwięcej. Przede wszystkim od trenera Castellaniego, Daniela Plińskiego czy innych. Byłem zaskoczony powołaniem, a później wyjazdem na Puchar Wielkich Mistrzów. To było wielkie wyróżnienie.

Jako najmłodszego w kadrze, starsi "ganiali" pana?

- Nic z tych rzeczy. Jak wszyscy młodzi, zostałem przyjęty rewelacyjnie. Kiedy trzeba było, oferowali pomoc, kiedy czegoś nie wiedzieliśmy, podpowiadali nam, atmosfera wprost wspaniała.

Był chrzest?

- Nie, bo przyjeżdżaliśmy w różnym czasie. Bywałem na zgrupowaniu pierwszej kadry, bo też sporo czasu spędzałem w reprezentacji juniorów. Było ognisko integracyjne, ale chrzest nas ominął.

Jako kadrowicza pełną gębą, kibice rozpoznają pana w Warszawie?

- Tylko fani, którzy są blisko siatkówki. To wielkie miasto, więc giniemy wśród ludzi, sportowców innych dyscyplin, zwłaszcza piłki nożnej. Siatkówka nie jest aż tak popularna, palcami mnie nie wytykają. Co innego w Bełchatowie czy Częstochowie. Tam gdziekolwiek siatkarz się ruszy, od razu go rozpoznają. To mniejsze miasta, w których wszyscy żyją siatkówką. Czy to dobrze, czy to źle - nie mam zdania.

Kto jest najlepszym w Polsce środkowym bloku?

- Jest ich wielu, ale za mój wzór uważam Daniela Plińskiego. Wspaniałe czucie w bloku, świetna gra. Dobrze się znam z Piotrkiem Nowakowskim, który ma wielki potencjał, i wierzę, że zwojuje wiele. Tak samo jak Łukasz Wiśniewski, też z Częstochowy, który w statystykach jest bardzo wysoko. Ze światowych środkowych najbardziej cenię Brazylijczyków za ich dynamikę, szybkie dojście do bloku.

Co jest największym atutem Karola Kłosa?

- Młodość.

A z siatkarskich elementów?

- Karol Kłos musi się jeszcze wiele nauczyć, żeby coś było jego atutem.

Mam wrażenie, że cały warszawski zespół jest przesadnie skromny.

- Może dlatego, że zamykamy ligową tabelę (śmiech). Nie wiem, dlaczego tak jest.

Jak wyobraża sobie pan swoją przyszłość?

- Trudne pytanie. Zrobię wszystko, by zajść jak najdalej. A moim marzeniem jest spróbować gry poza Polską, najchętniej we Włoszech, bo z opowieści starszych kolegów wiem, że tamtejsza liga jest naprawdę mocna. Na razie Polska, teraz Politechnika, daj Bóg - Skra, a później samo się ułoży. Muszę też mieć dużo szczęścia, bo ono bardzo pomaga sportowcom.

Jaki jest prywatnie Karol Kłos?

- Wesoły, pogodny, nie jest zawadiaką. Oprócz siatkówki interesuje mnie numizmatyka i modele. Akurat dziś kupiłem sobie zdalnie sterowany samochód, którym chcę się zająć. Lubię majsterkować.

Jaka przyszłość czeka Politechnikę?

- Za nami dopiero półmetek rundy zasadniczej, a my mamy ledwie dwa punkty straty do kolejnych zespołów. Decydujące będą spotkania z drużynami z końcówki tabeli. Liczę, że w nich się odbijemy, stać nas naprawdę na wiele, a o Politechnice będzie mówiło się tak dobrze, jak na początku poprzedniego sezonu, kiedy byliśmy postrachem.

Dlaczego umiecie grać z silnymi, a ze słabszymi idzie wam jak po grudzie?

- Inna adrenalina, inne podejście - ci mocniejsi czasem nas lekceważą, a my nie czujemy presji. Z rywalem, z którym należałoby wygrać, idzie nam wiele gorzej.

Utrzymacie się w lidze?

- Myślę, że tak.

Karol Kłos

Ma 20 lat, 200 cm wzrostu, gra na pozycji środkowego bloku i jest wychowankiem warszawskiego Metra, najsłynniejszej w Polsce szkółki siatkarskiej. Po mistrzostwach Polski juniorów podpisał czteroletni kontrakt ze Skrą Bełchatów, z której został wypożyczony na dwa sezony do warszawskiej Politechniki. W mijającym roku zadebiutował w reprezentacji Polski, jest wicemistrzem Europy kadetów.

Dotychczasowi laureaci

Siatkarz roku

2008: Radosław Rybak (Politechnika)

2007: Radosław Rybak (Politechnika)

2006: Radosław Rybak (Politechnika)

2005: tytułu nie przyznano

2004: Piotr Szulc (Politechnika)

2003: tytułu nie przyznano

2002: Joanna Szeszko (Skra Warszawa)

2001: Mariusz Sordyl (Stolarka Wołomin)

2000: Małgorzata Szegda (Skra)

1999: Robert Prygiel (Legia)

1998: Małgorzata Szegda (Skra)

Złoty rok pod siatką - podsumowanie 2009 roku - czytaj tutaj »


Zobacz więcej na temat:

Podziel się