Wisła zdobyła twierdzę Chorzów

Wojciech Todur, Chorzów
2009-12-06 , aktualizacja: 06.12.2009 23:37
A A A Drukuj
Ruch przegrał pierwszy mecz w sezonie na własnym stadionie. Andrzej Niedzielan - tak jak marzył - skarcił swój były klub, ale riposta mistrza Polski była piorunująca. Wisła wygrała 3:1
W pierwszej rundzie niebiescy solidarnie przegrali z Wisłą, Legią, Lechem, PGE GKS Bełchatów, a piłkarze i trenerzy mnożyli przyczyny. Choroby, kontuzje, pech, wszystkie mecze odbyły się na wyjeździe. Teraz na Cichej, z 10 tysiącami kibiców za plecami, miało być inaczej. Nie było.

- Coś w tym jest. Przegraliśmy tylko pięć, a może i aż pięć spotkań. Na dziś jesteśmy od nich słabsi. Czegoś nam brakuje, ale to przecież jeszcze nie jest koniec sezonu - uspokajał Wojciech Grzyb, pomocnik niebieskich.

- Ruch na pewno należy do czołówki. Nie myślę tylko o miejscu w tabeli, ale i o sposobie gry. Chorzowianie imponują mi taktyką. Zwycięstwo na Cichej było niezwykle trudnym zadaniem - chwalił rywala trener Maciej Skorża.

Zainteresowanie meczem było tak duże, że działacze Ruchu deklarowali, że udostępnią swoje miejsca gościom, a sami będą stali na schodach. Do klubowego sekretariatu dzwonili przedstawiciele chorzowskich zakładów pracy, banków, biura poselskie. O bilety prosił też Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego (dziwnie, bo w tym samym czasie skakał Adam Małysz). Zjawił się Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i kibic Ruchu. - To przecież spotkanie najstarszych polskich ligowców - przypominał.

Kibiców najbardziej ucieszyła obecność Gerarda Cieślika. Legendarny piłkarz niebieskich wrócił do zdrowia po niedawnym zawale serca. Na meczu był i Franciszek Smuda, a także Krzysztof Warzycha - przed laty znakomity napastnik Ruchu i Panathinaikosu Ateny. - Ruch coraz bardziej przypomina mi naszą drużynę sprzed 20 lat. Ustabilizowali skład, mają dobrego trenera. Przed sezonem nikt na nich nie stawiał. W 1989 r. z nami było podobnie. Nas też nie zaliczono do czołówki, a skończyło się mistrzostwem Polski - uśmiechał się.

Stawka meczu - i tak wysoka - wzrosła jeszcze bardziej, gdy okazało się, że punkty straciły inne zespoły z czołówki: Lech, Legia i GKS Bełchatów.

Łukasz Janoszka wybiegł na boisko mimo pękniętej łękotki i nadwerężonych wiązadeł (a jeszcze kilka dni temu piłkarz martwił się, że już w tym roku nie zagra). Tym samym w składzie Ruchu było już dwóch piłkarzy z uszkodzonymi kolanami, bowiem z pękniętą łękotką gra też od pewnego czasu Krzysztof Nykiel, prawy obrońca.

Ruch zaczął realizować swój plan po 30 sekundach. Kibice już widzieli, jak Andrzej Niedzielan gna samotnie na bramkę Wisły, by po chwili przeżyć wielkie rozczarowanie. Okazało się bowiem, że w lidze są piłkarze, którzy przebierają nogami szybciej niż ich ulubieniec. Piotr Brożek zakończył akcję Ruchu, zanim Niedzielan złożył się do strzału. - Początek był dobry, potem było jeszcze lepiej, ale koniec niestety smutny - przyznał Nykiel.

Po tym jak Paweł Brożek przegrał z bólem pachwin, największym problemem Wisły było zestawienie ataku. Skorża postawił na Tomáša Jirsáka. To właśnie 25-letni Czech był najbliższy strzelenia bramki w pierwszej połowie. Przegrał jednak z Krzysztofem Pilarzem, który zasłonił drogę do siatki klatką piersiową.

Ruch w końcu dopiął swego. Tym razem nikt już nie dogonił Niedzielana, który wykorzystał dokładne podanie Artura Sobiecha i spokojnie przerzucił piłkę nad Pawełkiem. Pierwszą osobą, z którą Niedzielan podzielił się radością po strzelonym golu, był trener Skorża, który nie widział dla niego miejsca w składzie Wisły. Niedzielan przebiegł tuż przed nosem Skorży, a z trybun było widać, że jeszcze coś mu krzyknął do ucha. - Nic nie mówiłem, nic nie pokazywałem. To była taka sama radość jak po innych golach. Z Wisłą już nic mnie nie łączy - zapewniał Niedzielan.

- Ta bramka podziałała na nas jak płachta na byka. Trener powtarzał w szatni, jak szybki jest Niedzielan. Mówił, żebyśmy na niego uważali, ale i tak nam uciekł. Po tym golu pokazaliśmy jednak charakter - uśmiechał się Cantoro. Niebiescy cieszyli się z prowadzenia przez 5 min. Wisła przyśpieszyła, a jej akcje były bliskie ideału. Piłka krążyła nad głowami bezradnych piłkarzy z Chorzowa, a na koniec lądowała w siatce po efektownych strzałach Brożka, Marcelo i Patryka Małeckiego.

Trener Waldemar Fornalik podkreślał, że grę Wisły odmieniło wejście na boisko Wojciecha Łobodzińskiego i Rafała Boguskiego. - To były zabójcze zmiany. Wiślacy jeszcze przyśpieszyli grę, a my nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić. Przegraliśmy z klasową drużyną, której było ciężko dotrzymać kroku nawet przy bezbramkowym remisie - mówił.

Skorża nie chciał nikogo wyróżniać. - W naszej drużynie nie było słabego punktu. Odwróciliśmy losy spotkania, chociaż byliśmy w bardzo trudnej sytuacji. Nie przytrafiło nam się to, co rok temu, gdy Ruch dowiózł prowadzenie po strzeleniu jednego gola - przypomniał szkoleniowiec lidera ekstraklasy.

Mimo porażki chorzowscy kibice żegnali swój zespół brawami. - Rundę na Cichej kończymy porażką, ale przecież wcześniej dostarczyliśmy naszym fanom wiele miłych chwil. Mam nadzieję, że tak zapamiętają tę jesień - zakończył Fornalik.

Podziel się