Zarzut niegospodarności postawiony w czwartek Michałowi Listkiewiczowi przez wrocławską prokuraturę zbiegł się z wyrokiem warszawskiego sądu nakazującym PZPN wypłatę jednemu z wierzycieli Widzewa około 600 tys. zł. Zdaniem adwokatów może to być precedens, który nadszarpnie budżet związku.
W 2003 r. Elżbieta Sajewicz domagała się od Widzewa 100 tys. zł. Choć miała w ręku korzystne wyroki sądu, nie wyegzekwowała długu, bo kasa klubu była pusta, a właściciele zasłaniali się długą kolejką innych wierzycieli. Sajewicz zwróciła się więc do PZPN, ale Listkiewicz oraz członkowie poprzedniego zarządu (m.in. Eugeniusz Kolator i Zdzisław Kręcina, którzy też już mają zarzuty) zamiast komornikom pieniądze z Canal+ za transmisje płacili bokiem Andrzejowi G., byłemu właścicielowi klubu.
W 2006 roku Sajewicz podała PZPN do sądu, któremu trzy lata zajęło ustalenie, czy PZPN rzeczywiście łamał prawo, wypłacając pieniądze G., a nie czekającym w kolejce wierzycielom. I czy to PZPN ma teraz płacić długi Widzewa, czy jego byli właściciele. Kilka dni temu sędziowie uznali rację Sajewicz, a dług musi uregulować Związek.
Andrzej G. był specyficznym właścicielem Widzewa. Pożyczał własnemu klubowi pieniądze na lichwiarski procent, wpędzając go w gigantyczne długi. Umowy podpisywali z nim klubowi działacze. Potem PZPN uznał, że G. jest jednym z wierzycieli Widzewa i płacił mu miliony z Canal+. Ale powinien płacić komornikom. Wyrok w tej sprawie może obudzić na nowo wierzycieli, którzy stracili już wiarę w odzyskanie od Widzewa pieniędzy. Według szacunków może to być nawet 4 mln zł plus odsetki. Przed laty w podobnej sprawie, kiedy władze Związku pomijały przy wypłatach wierzycieli GKS Katowice, PZPN musiał zapłacić około 3 mln zł.
Kolator, były wiceprezes PZPN, pytany o dług wobec Sajewicz był pewny swego. - Niczego się nie boję. Firma G. też była wierzycielem - mówił "Gazecie" w 2006 roku. Dziś jemu, Listkiewiczowi, Kręcinie i innym zamieszanym w tę sprawę grozi do dziesięciu lat więzienia.
Listkiewicz sam zapłaci? Byłemu prezesowi PZPN postawiono zarzut niegospodarności, więc to on - jeśli zostanie skazany - będzie musiał oddać pieniądze, które stracił związek. Zdaniem adwokatów, przy prawomocnych wyrokach skazujących przedawnienie następuje dopiero po 10 latach, więc Listkiewicz może odpowiadać za straty, na które naraził związek, od początku swojej kadencji.