20-letni Argentyńczyk po czterech godzinach walki pokonał Federera 3:6, 7:6 (7-5), 4:6, 7:6 (7-4), 6:2. Po ostatniej piłce najzwyczajniej położył się na korcie i słuchał zasłużonych braw 23 tys. kibiców. - Przed meczem w ogóle nie mogłem spać, nie byłem w stanie zjeść śniadania. Grałem z Federerem i... byłem przerażony - opowiadał del Potro, którego łagodny głos i usposobienie, zupełnie nie przystają do postury wojownika i imponujących 198 cm.
Początkowe nerwy del Potro sprawiły, że Federer łatwo wygrał seta, ale później Argentyńczyk się przebudził. Zacisnął pięść po kilku genialnych forhendach, które wbiły Szwajcara w kort. Uwierzył w siebie i dał rywalowi lekcję, którą zapamięta na długo. Federer powinien wygrać drugiego seta, być może nawet cały mecz, ale ciągle grał zbyt nonszalancko, a im mocniej naciskał Argentyńczyk, tym więcej lęku i nerwów było w jego własnych uderzeniach. Serwis kulał najmocniej - popełnił aż 11 podwójnych błędów i trafił zaledwie 50 proc. pierwszych podań. Zamiast zrywu mistrza, kibice oglądali sześciometrowe auty, kiksy, zagrania ramą. O tym, jak skołatane nerwy miał Szwajcar, świadczył też atak na sędziego. - Nie mów mi, że mam być cicho. Jak chce mówić, to mówię. G... mnie obchodzi, co on powiedział, nie ucz mnie piep... przepisów - perorował Federer w stronę arbitra pod koniec trzeciego seta, gdy ten pozwolił del Potro na komputerową powtórkę po 10 sekundach, choć w regulaminie ma na to tylko dwie. Takie nerwy u Federera oglądaliśmy dotąd jedynie w konfrontacjach z Rafaelem Nadalem.
Federer nie pozbierał się już do końca, choć po meczu zachował się z klasą. Gratulował rywalowi, a na konferencji mówił, że nic się nie stało. - Zagrał świetnie, a ja nie wykorzystałem szans. Fajnie byłoby wygrać sześć razy, ale w końcu nie można mieć w życiu wszystkiego - stwierdził. Wskazywał, że i tak jest zadowolony z sezonu, który uświetniły triumfy w Paryżu, Londynie, a w życiu prywatnym - ślub i narodziny dzieci.
Federer przegrał pierwsze spotkanie na Flushing Meadows od sierpnia 2003 r., gdy w jednej ósmej finału uległ innemu Argentyńczykowi Davidowi Nalbandianowi. Wygrał 40 meczów z rzędu, ale rekordu sześciu zwycięstw z rzędu Billa Tildena z lat 20. XX w. nie wyrównał.
- Na razie nie umiem tego ogarnąć. Dajcie mi kilka dni. To jest jak sen - powtarzał del Potro, który razem z premiami za cykl
US Open Series zarobił ponad 1,8 mln dol. Przed Argentyńczykiem, który wolny czas spędza, śledząc losy piłkarskich drużyn Boca Juniors i Juventusu, otwiera się wielka kariera. Federer, wygrywając pierwszy
Wimbledon, był kilka miesięcy starszy od del Potro. - Jeszcze o nim usłyszymy - cieszył się Guillermo Villas, ostatni argentyński triumfator US Open z 1977 r.
Del Potro został trzecim po Maracie Safinie i Novaku Djokoviciu triumfatorem Szlema, który złamał w ostatnich pięciu latach hegemonię Federera i Nadala. Szwajcar i Hiszpan wygrali 19 z ostatnich 22 turniejów.
LICZBA FEDERERA - 8
- tylu starszych od 28-letniego dziś Szwajcara tenisistów w ostatnich dwóch dekadach wygrywało jeszcze turnieje wielkoszlemowe: Agassi (5 razy), Sampras (3), Lendl (2), Ivanisević (1), Muster (1), Korda (1), Becker (1) i Gomez (1)
Dla "Gazety" Wojciech Fibak Federer od jakiegoś czasu nie umie wygrywać meczów, gdy ktoś podgania wynik. Tak było w Rzymie z Djokoviciem, z Nadalem w Australii, a gdyby Soderling kilka dni temu wygrał tie-breaka i też nadgonił, Szwajcar mógł przegrać już wtedy. To kwestia nerwów. Lęku, który kiedyś się nie pojawiał, gdy był bardziej pewny siebie. Teraz mniej wierzy w sukces, gdy mu nie idzie. Stąd biorą się kiksy i ramy. Ale Federera nie można skreślać! Będzie jeszcze wygrywał, a to że czasem przegra, sprawia, że mamy emocje, a tenis jest piękny.
Del Potro to mieszanka Safina z Agassim. Safina przypomina wrostem, siłą rażenia serwisu, forhendu. Też gra płasko. W ogóle ten finał przypominał mi porażkę Samprasa z Safinem sprzed kilku lat. Del Potro ma przewagę nad Safinem, bo tenis traktuje poważniej. Jest bardziej pracowity, opanowany. Z Agassiego ma ten niezwykły talent do precyzyjnych uderzeń z każdej pozycji. Umie skierować wnoszącą piłkę bardzo płasko dokładnie tam, gdzie chce - zarówno z bekhendu, jak i forhendu. Del Potro to poważny kandydat do najwyższych laurów. Już dołączył do Murraya i Djokovicia.
Dzisiejszy tenis z Ameryki Południowej coraz bardziej ucieka od latynoskiego przebijania i wysokich piłek. Idą w ślady Nalbandiana, bardziej ryzykownej gry nisko nad siatką. Del Potro będzie groźny na każdej nawierzchni. Jedyną zagadką jest Wimbledon. Safin sobie tam nie radził.