- Ten sezon nie jest najmocniejszy dla Rosjanki, ale to ona jest rekordzistką świata i jedyną osobą, która do tej pory skoczyła pięć metrów. Na pewno jeszcze trochę potrwa zanim następna zawodniczka uzyska taki wynik. Mam nadzieję, że jedną z nich będzie Ania - powiedział Torliński.
Rogowska pokonała carycę kobiecej tyczki Isinbajewę, która na Stadionie Olimpijskim w stolicy Niemiec wszystkie próby spaliła. Polka w pierwszym podejściu pokonała 4,75.
- Ten konkurs pokazał, że nie ma ludzi, z którymi nie da się wygrać. Jelena nie jest maszyną, jest to normalna osoba, którą można pokonać - dodał.
Po raz pierwszy myśl o tym, że Rogowska ma szansę, by nie tylko powalczyć w Berlinie o medal, ale by stanąć na najwyższym stopniu podium pojawił się po mityngu Super Grand Prix w Londynie (24 lipca), gdzie Polka wygrała z mistrzynią olimpijską.
- To był taki moment, w którym przekonałem sie o tym, że ona jest do pokonania. Potem utwierdziłem się w tym po mistrzostwach Polski w Bydgoszczy. Wtedy Ania uzyskała rezultat 4,80 i wyglądała naprawdę dobrze. Technika zaczęła się stabilizować i z dnia na dzień było lepiej - ocenił.
Na dwa dni przed eliminacjami pojawiły się jednak wątpliwości, a wszystko za sprawą nieszczęśliwego wypadku na treningu. Rogowska skręciła staw skokowy i na godzinę przed startem kwalifikacji nie było wiadomo, czy uda się jej przystąpić do rywalizacji.
- Dopiero po pierwszym okrążeniu truchtu w czasie rozgrzewki, jak pokazała mi, że jest ok, całe napięcie zaczęło ze mnie schodzić i wiedziałem, że musi być dobrze - przyznał.
Największym sukcesem 28-letniej zawodniczki był do tej pory brązowy medal igrzysk olimpijskich w Atenach. Potem nastały lata, w których Rogowska częściej walczyła z kontuzjami niż skupiała się na treningach.
- Sport ma to do siebie, że raz są lepsze, a raz gorsze dni. Jeśli nie będzie się w stanie przetrwać tych złych momentów, to nie będzie tych dobrych. Życie nie jest usłane tylko różami i nie wszystko wychodzi tak, jak się zaplanowało - tłumaczył Torliński.
Niepowodzenia zmusiły ich do szukania innych rozwiązań. Pomoc znaleźli w Leverkusen u Leszka Klimki.
- Jemu należą się szczególne podziękowania. To wyśmienity facet. Gdyby nie on to na pewno by tego sukcesu nie było. Dał nam nową motywację do pracy, dobrą radę i zapewnił świetne warunki treningowe. Wszystko, co było nam potrzebne, by dopiąć całą rzecz do końca - zaznaczył Torliński i dodał, że ma nadzieję, iż ta współpraca będzie trwała nadal.