Radosław Matusiak: Zaszedłem za wysoko, spadłem w dół

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk
2009-01-18 , aktualizacja: 18.01.2009 23:42
A A A Drukuj
Wysłałem Leo Beenhakkerowi SMS-a z pytaniem, czy jeśli zdecyduję się na drugą ligę, będę miał szansę powrotu do reprezentacji. Odpowiedział: "Tak" - mówi w wywiadzie dla "Gazety Sport" były reprezentant Polski Radosław Matusiak, który wraca do futbolu w Widzewie.
Radosław Matusiak
Fot. Rados3aw JóYwiak / AG
Radosław Matusiak
Koźmiński nie rozumie powołań Beenhakkera »

Przemysław Iwańczyk: "Wszyscy mnie kochają. Dostaję ciekawe oferty transferowe, odbieram 20 telefonów dziennie od dziennikarzy, także niezwiązanych z piłką" - tak pan zaczął rozmowę, kiedy spotkaliśmy się ponad dwa lata temu.

Radosław Matusiak: Teraz tak nie powiem. Wtedy wszystko było cudowne, miałem wokół mnóstwo przyjaciół. Kiedy przestało mi iść, zaczęli się wykruszać, było ich coraz mniej... Zresztą co ja się będę rozwodził, w Polsce to chyba normalne. Darujmy sobie ten temat.

Ale sam też jestem winien. Zaczęło się od wyboru ligi włoskiej. Transfer do Palermo, w dodatku w przerwie zimowej, był wielkim błędem.

Leo Beenhakker odradzał transfer zimą do Palermo. Co pana podkusiło z tymi Włochami?

- To było czyste wariactwo. Nieustannie przychodziły faksy, dzwoniły telefony. Codziennie miałem propozycję z jakiegoś klubu. Dwie były naprawdę konkretne - z Aston Villi, która zaproponowała dwa razy korzystniejsze warunki niż Palermo. Nie chcę mówić, przez kogo transfer nie doszedł do skutku. Innym rozwiązaniem był Real Sociedad San Sebastian, który bronił się przed spadkiem i na gwałt potrzebował napastnika. Wszystko było dograne, ale połamał się im środkowy pomocnik, a na dwa transfery nie mieli kasy. Zostało więc Palermo. Nie dawali mi żyć, dzwonili codziennie, menedżer obiecywał złote góry. To mnie przekonało, perspektywy były naprawdę świetne, bo Palermo zajmowało czwarte miejsce i myślało o Lidze Mistrzów.

Chyba po raz pierwszy przyznał się pan do błędu w wyborze ligi.

- Nic nie mówiłem, bo od maja nie rozmawiałem z dziennikarzami. Powtórzę: błędem nie był sam wyjazd, ale wybór Włoch. Miałem 25 lat, nie byłem już młodzieniaszkiem i marzyło mi się spróbować piłkarskiego Zachodu. Tak myślałem ostatnio, co wydarzyłoby się, gdybym wytrwał w Palermo do dziś, bo przecież miałem 4,5-letni kontrakt. Może poznałbym włoski styl gry na tyle, że w końcu trener dałby mi szansę. Pamiętam transfer młodego Boško Jankovicia. Po przyjściu do Palermo rozegrał dwa mecze, a później nawet na rezerwę nie mógł się załapać. Ale jego czas nadszedł, zaczął grać i strzelać gole.

Wyjechałem z Włoch zbyt wcześnie. Wtedy jednak nie chciałem siedzieć ani na ławce, ani na trybunach. Miałem ambicje zostać liderem reprezentacji, a rolę tę pełnić może tylko piłkarz, który gra.

W holenderskim Heerenveen znów był niewypał...

- Na chwilę wróćmy jeszcze do Włoch. To ciężki kawałek chleba, zwłaszcza dla napastników. Gra oparta jest na schematach, wszystko podporządkowuje się taktyce. W dodatku moi konkurenci o miejsce w składzie byli w pełni sezonu, a ja wracałem z urlopu i w takich warunkach musiałem podjąć rywalizację. Ktoś, kto strzela tam 14 goli w sezonie, uchodzi za superpiłkarza. Dlatego rozumiem, dlaczego nie grałem.

W Holandii jest zupełnie inaczej, ale naprawdę nie moja wina, że nie wychodziłem na boisko. Mam nagrane dwa mecze w Heerenveen. W obu wchodziłem w drugiej połowie, a trener mówił, że dawno nie widział piłkarza, który daje tak dobrą zmianę. Z niewiadomych przyczyn nie dostałem jednak kolejnych szans. Nie stawiali na mnie, później przyszła kontuzja i tak skończyła się holenderska przygoda.

Dlaczego polscy piłkarze, poza bramkarzami, nie mogą przebić się do porządnego zachodniego klubu?

- W Polsce nie ma gdzie uczyć się grać w piłkę. Teraz to się zmienia, ale jeszcze kilka lat temu przychodziła zima, w listopadzie kończyliśmy rozgrywki, które ruszały w marcu. W tym czasie biegaliśmy po śniegu i dźwigaliśmy ciężary w siłowni. Hiszpan, Francuz czy Włoch 12 miesięcy gra w piłkę, my osiem. Przez dziesięć lat różnica między nami wynosi więc około czterech lat. O tyle są od nas lepsi, to kolosalna różnica. Musimy gonić Zachód pod względem techniki, bo motorycznie sobie poradzimy.

Łukasz Garguła, pana przyjaciel, nie chciał wyjechać. Wybrał Wisłę pomny pana doświadczeń?

- Ja lubię ryzyko, nowe wyzwania, a Łukasz to domator, który przywiązuje się do miejsc i ludzi. Jemu prościej będzie zostać w kraju, zwłaszcza że dostał jak na Polskę bardzo dobre warunki finansowe. To rozsądna decyzja z jego strony.

A młodemu Tomaszowi Jodłowcowi odradziłby pan wyjazd do Napoli?

- Obrońca to jest inna bajka. Nic nie ujmując piłkarzom z tej pozycji, gra na niej jest o niebo łatwiejsza. Im dalej w przód, tym trudniej. Łatwiej się spiąć i przerwać akcję, niż ją skonstruować. Jodłowiec ma dobre warunki fizycznie, jest niezły piłkarsko, poradziłby sobie.

Miał pan wrócić do Bełchatowa, ale wyszła z tego farsa, z nagrywaniem przez pana szefów klubu włącznie.

- Mam żal o to zamieszanie do wielu osób. Jeden z ekspertów powiedział nawet, że nie będzie ze mną rozmawiał w obawie przed nagraniem. Tylko co by było, gdybym tego nie zrobił? Byłyby artykuły, że Matusiak nie gra w Holandii, wraca do Polski i żąda krocie. Działacze GKS opowiadali, że chcę 100 tys. zł miesięcznie, a to zwykłe kłamstwo. Dogadaliśmy się na zupełnie innych warunkach, spakowałem się, zamówiłem ciężarówkę i wróciłem do Polski. Kluby także doszły do porozumienia w sprawie wypożyczenia, ale kiedy zjawiłem się w Bełchatowie, GKS zmienił warunki. Mimo to zaakceptowałem je, ale wtedy działacze przedstawili jeszcze mniej korzystną ofertę. Kiedy doszli do 10 tys. zł brutto za miesiąc, uznałem, że to nie ma sensu i mogę grać za darmo, byle wszyscy o tym wiedzieli. Na to GKS też nie przystał i jasne stało się, że po prostu mnie nie chcą. Z jakiego powodu, można się domyślać.

O co chodziło?

- Może uważali, że ze mną zespół zagra zbyt dobrze. Z tego, co wiem, zależało im... Zresztą nie, nie chcę, żeby wyszła z tego kolejna afera. Poprzestańmy na tym, że nie chcieli mnie zatrudnić. Nie rozumiem postępowania GKS. Odchodząc do Palermo, miałem w kontrakcie klauzulę gwarantującą transfer za 300 tys. euro. Jeden z klubów niemieckich chciał mnie za tyle wykupić, oferując mi do ręki milion euro. Prezes Ożóg poprosił mnie, bym dał zarobić klubowi. Zgodziłem się na to kosztem moich pieniędzy. Jak mi się odwdzięczono, sam się przekonałem. Gdybym cofnął czas, nie dałbym im wziąć złotówki więcej niż 300 tys. euro. Ponieśliby dodatkowe opłaty związane z transferem i zostałyby im grosze.

Bełchatów odpadł, została Wisła. Zdawałem sobie sprawę, że będzie ciężko, bo za konkurentów miałem Brożka, Dudu, Niedzielana, o Kmieciku czy Boguskim nie wspominam. A do tego trener Maciej Skorża wystawiał tylko jednego napastnika.

Gdyby był pan w formie, piłkarze, o których pan wspomniał, nie byliby żadną konkurencją.

- Brożek był wtedy w takiej sytuacji jak ja przed wyjazdem na Zachód w Bełchatowie. Wiadomo było, że jego trener nie posadziłby na ławce. Były co prawda próby gry dwoma napastnikami, ja pełniłem rolę tego cofniętego, ale to nie dla mnie. Gdybym był w szczytowej formie, może i dałbym radę. A tak...

Leo Beenhakker, którego był pan faworytem, powiedział, że jest pan największym jego rozczarowaniem.

- Ale ja wiem, że potrafię grać w piłkę. I Beenhakker też to wie. Zagraniczne wyjazdy wybiły mnie z rytmu, trening nie był już tak efektywny, traciłem pewność siebie, którą imponowałem, grając w Bełchatowie. W kadrze też szło mi gorzej, ale nie było tak do końca źle. W jakimkolwiek klubie bym nie był, zawsze coś do reprezentacji wniosłem. I nie jest to tylko moje zdanie. W sprawdzianach przed Euro po meczu z Estonią dziennikarze napisali, że byłem obok Łukasza Garguły najlepszy na boisku, strzeliłem gola. Z USA przegraliśmy 0:3, ale wyróżniałem się jako jedyny z naszej drużyny.

Beenhakker słusznie nie zabrał pana na Euro?

- A jakie ma to teraz znaczenie?

Co pan wtedy czuł?

- W klubie nie grałem regularnie, ale nikt mi nie powie, że zawodziłem w kadrze. Jest wielu reprezentantów, którzy w klubie mają większe kłopoty niż ja wtedy. W 15 meczach strzeliłem siedem goli, proszę mi pokazać innego piłkarza reprezentacji z takim bilansem. Nawet w ostatnim swoim meczu z Macedonią, w którym wyróżniłem się razem z Gargułą, trafiłem do siatki. Beenhakker nie wziął mnie, bo zdawał sobie sprawę z tego, jakie poniesie konsekwencje ze strony dziennikarzy. Że nie zazna spokoju, bo będziecie go dręczyć pytaniami, dlaczego mnie zabrał, skoro nie gram w klubie.

Naprawdę sądzi pan, że to kierowało Beenhakkerem?

- Tak uważam. Wokół mnie było za dużo zamieszania. Nieustające pytania: dlaczego Leo powołuje Matusiaka, dlaczego nie grają inni, do znudzenia. Beenhakker, kiedy już postawił na Maćka Żurawskiego jako wyjściowego napastnika, wolał ciszę niż szum wokół rezerwowego Matusiaka. Jeszcze raz powtórzę: w kadrze nigdy nie zawiodłem, nie dałem trenerowi ani jednego powodu, by ze mnie zrezygnował. Nie mam jednak pretensji do trenera. On wziął na siebie odpowiedzialność, później odpowiadał za wynik, którego nie było.

Byłem zbyt otwarty dla dziennikarzy. Zostałem wylansowany, tak naprawdę nie chcąc tego w ogóle. Media to zrobiły, a później tak samo szybko sprowadziły mnie na ziemię. Zaszedłem za wysoko, byłem zbyt widoczny, komuś to przeszkadzało, spadłem w dół.

Media lansowały pana, bo pan sam tego chciał. Mówił pan: "Popularność to coś, co lubię, z czym sobie radzę".

- Winię za to także siebie. Odpowiadało mi to, bo będąc dzieckiem, marzyłem, by zostać piłkarzem, pozować do zdjęć i rozdawać autografy. Nikt mi nie powie, że to nieprzyjemne. Ale w pewnym momencie popularność stała się uciążliwa. Teraz wolałbym przechodzić niezauważony, bo już jedną nauczkę w życiu dostałem.

Przecież nie dzwoniłem do dziennikarzy i nie mówiłem: zróbcie ze mną wywiad, bo gram na giełdzie albo lubię wina. To wy mnie ciągnęliście za język, bym opowiadał o coraz to nowych rzeczach. A później, kiedy szło mi gorzej, czytałem, że Matusiak powinien zająć się piłką, a nie winem.

Nie umiał pan sobie poradzić ze słabnącą pozycją. Świadczą o tym choćby artykuły, w których pytał pan dziennikarza: "Kim ty jesteś, ile masz na koncie golasie?".

- Rzeczywiście zadzwoniłem do jednego z dziennikarzy po jego artykule, ale na pewno nie pytałem, ile ma na koncie. Nie trzeba był superinteligentnym facetem, wystarczy mieć trochę oleju w głowie, by nigdy nikomu nie zadać takiego pytania. Ten sam człowiek przyjechał do mnie do Holandii, twierdząc, że chce napisać o mnie pozytywny artykuł. Grzecznie odmówiłem, bo miałem trudny czas, zaproponowałem nawet, by popytał o mnie kolegów czy trenerów. Skończyło się na tekście, że jestem najgorszy na treningach, koledzy na mnie krzyczą, nie mam szybkości, nie umiem nawet kopnąć piłki. Zapomniał przy tym dodać, że w grze kontrolnej, którą obserwował, strzeliłem dwa gole.

Weźmy inny przykład. Podczas zgrupowania przed Euro w Niemczech jeden z dziennikarzy napisał, że Matusiakowi jako jedynemu nie odpowiadały warunki. Pomijam już, że było fantastycznie, ale ludzie dostali jednoznaczny przekaz - Smolarkowi się podoba, Borucowi też, a Matusiak stroi fochy, odbiła mu palma. To przez takie drobiazgi miałem coraz mniej przyjaciół i coraz więcej wrogów. Spytałem później dziennikarza, dlaczego tak napisał. Nie umiał wyjaśnić, tylko mnie przeprosił. Ale co mi po jego przeprosinach, skoro kibice i tak już wiedzą swoje?

Nie wiem, skąd się to wzięło. Nie zasłużyłem sobie na takie traktowanie, ale jeśli ktokolwiek z dziennikarzy poczuł się urażony w kontaktach ze mną, mogę teraz przeprosić.

Z drugiej jednak strony wiem, że gdybym grał tak jak w Bełchatowie, nie byłoby tego cyrku, nikt nie miałby podstaw, by mnie krytykować. Sam też jestem sobie winien.

Podobno znów wpadł pan w szpony hazardu. Zna pan dobrze krakowskie kasyno?

- To, co robię z moimi pieniędzmi, jest moją sprawą. Nie łażę po nocach, nie piję, nikogo więc nie powinno to obchodzić. Zresztą możecie sprawdzić, ile razy byłem w krakowskim kasynie. Na pewno nie częściej niż większość piłkarzy Wisły.

Czyli kłopotu z hazardem pan nie ma?

- Myślę, że nie, skoro żyję i mam się dobrze. Nie ma o czym gadać.

A to, że ogłosił pan zakończenie kariery i otwiera restaurację w Warszawie, jest prawdą?

- Nie trzeba kończyć kariery, by otworzyć lokal w stolicy, to zrobiłem dużo wcześniej. Teraz interesem zajmuje się moja rodzina, ja chcę zająć się tylko piłką. Zakończenie kariery ogłosił mój ojciec, a nie ja. Był rozgoryczony całą sytuacją, widział, co się ze mną dzieje, jakie mam problemy ze zdrowiem i co się o mnie pisze.

Wraca pan do piłki w Widzewie. To tylko druga liga.

- Miałem oferty z większości klubów ekstraklasy poza Wisłą, Legią i Lechem. Były propozycje z Austrii, 2. Bundesligi, Cypru i Grecji. Może nie tak intratne jak kiedyś, ale zadowalające. Na razie jednak nie chcę zarabiać na piłce, mam zamiar się odbudować. W Widzewie jest wiele znajomych osób, także trenerów, wszyscy gwarantują, że są w stanie mi pomóc. Ja też mogę pomóc Widzewowi w awansie do ekstraklasy, a wtedy będzie można inaczej spojrzeć i na mnie, i na mój klub.

Łódź to miasto pana młodości, z wieloma pokusami.

- Kraków i Warszawa mają ich jeszcze więcej. W Łodzi mam dom, rodziców, patrzę tylko na pozytywne strony. Ostatnio pojechałem na boiska mojej Szkoły Mistrzostwa Sportowego, wziąłem worek piłek i strzelałem 300 razy na bramkę.

Jeśli wrócę do przyzwoitej formy, drugi raz nie popełnię tego samego błędu. Zupełnie inaczej będzie wyglądała współpraca z mediami. Beckhamem nie jestem, zależy mi tylko na piłce.

To prawda, że po podpisaniu kontraktu z Widzewem wysłał pan Beenhakkerowi SMS-a: "Obserwuj drugą ligę, niedługo wracam do kadry"?

- Wysłałem z pytaniem, czy jeśli zdecyduję się na drugą ligę, będę miał szansę powrotu do reprezentacji.

Co odpowiedział?

- Napisał: "Tak". Oczywiście muszę dać trenerowi powody, żeby znów po mnie sięgnął.

Ale teraz konkurencja jest znacznie większa niż rok temu.

- Odszedł Żurawski, starsi powoli idą w odstawkę, kadra jest zupełnie inna. W optymalnej formie jestem w stanie wywalczyć miejsce w kadrze.

Matusiak zagra na Euro 2012?

- Zostały trzy lata, chcę oczywiście zagrać w kadrze na wielkiej imprezie, ale w tej chwili interesuje mnie awans z Widzewem do ekstraklasy. I nie chcę już rozmawiać o giełdzie i winach...

Więcej o kadrze Beenhakkera - czytaj tutaj »


Zobacz więcej na temat:

Podziel się