Czy Ameryka może zbankrutować?

Mariusz Zawadzki, Waszyngton
14.07.2011 , aktualizacja: 14.07.2011 12:57
A A A Drukuj
Dolary Dolary
Żarty się skończyły - już za trzy tygodnie Ameryka może zbankrutować, jeśli politycy nie dogadają się w kwestii reformy finansów. Od wielu tygodni sekretarz skarbu Tim Geithner ostrzega, że 2 sierpnia zabraknie pieniędzy. Stany Zjednoczone już w maju osiągnęły maksymalny poziom długu publicznego wyznaczony przez Kongres - niecałe 14,3 bln dol.
Dlatego nie mogą emitować nowych obligacji, żeby z ich sprzedaży pokrywać bieżące wydatki państwa. Od 2 sierpnia Ameryka będzie wydawać tylko tyle, ile faktycznie zarabia.

3 sierpnia wypada termin wypłaty 23 mld dol. emerytom, ale - jak szacuje Bipartisan Policy Center - przychody z podatków będą tego dnia wynosić tylko 12 mld dol. - Nie jestem w stanie zagwarantować, że ludzie dostaną emerytury - stwierdził w telewizji CBS prezydent Barack Obama.

Rząd może oczywiście wypłacić je zgodnie z planem, o ile zrezygnuje ze spełnienia innych zobowiązań. Może np. zawiesić pensje niektórym urzędnikom czy żołnierzom walczącym w Afganistanie. Albo też złamać obietnicę wykupu obligacji z poprzednich lat. To jednak oznaczałoby, że największe mocarstwo nie jest w stanie spłacać swoich długów.

W tym tygodniu szefowie 470 amerykańskich firm, w tym Citigroup i Procter & Gamble, wysłali list otwarty do prezydenta Obamy i kongresmenów, w którym przestrzegają, że "bankructwo państwa może wywołać chaos na rynkach finansowych, a naszego kraju nie stać na takie ryzyko".

Odwrócenie czarnego scenariusza jest banalnie proste - wystarczy, że Kongres podniesie limit maksymalnego zadłużenia państwa. Robił to dziesięć razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Tym razem jednak jest inaczej, bo Republikanie, mający większość w Izbie Reprezentantów, się zbuntowali. Wiosną ogłosili, że podniosą limit tylko pod warunkiem, że administracja zgodzi się na drastyczne cięcia w wydatkach państwa.

Demokraci początkowo się ociągali, ale kilka tygodni temu Obama podchwycił propozycję Republikanów i sam włączył się do negocjacji. Zaproponował zmniejszenie deficytu o 4 bln dol. w ciągu dziesięciu lat, ale tylko 3 bln pochodziłby z cięć wydatków, a 1 bln - z podniesienia podatków.

Na to ostatnie absolutnie nie zgadzają się Republikanie, bo - jak twierdzą - rozwój gospodarki zostanie zahamowany. Negocjacje utknęły.

Demokraci przypominają, że podatki są dziś najniższe od półwiecza - głównie za sprawą republikanina George'a Busha, który je ostro zredukował. A ponieważ przy okazji posłał żołnierzy na dwie wielkie wojny (do Iraku i Afganistanu), dług państwa bije rekordy. "Washington Post" wyliczył, że jego połowa, czyli 7 bln dol., to właśnie wynik polityki Busha.

Średnie obciążenie na każde zarobione 100 tys. dol. - uwzględniając podatki federalne, stanowe i lokalne - wynosi dziś 23,6 tys., czyli prawie 5 tys. dol. mniej niż przed Bushem. Wzrost podatków nie będzie zatem żadną katastrofą, a dodatkowo jest moralnie wskazany. Z ulg korzystają m.in. koncerny naftowe, które notują rekordowe zyski, i właściciele prywatnych odrzutowców, których zakup mogą sobie odliczać od podatków. Milionerzy płacą niższe stawki podatkowe niż sprzątaczki, które u nich pracują, bo z pieniędzy zarobionych na giełdzie oddają państwu tylko 15 proc.

Jednak Republikanie są nieugięci: żadnych podwyżek podatków. Najbardziej radykalni z nich przekonują, że 2 sierpnia nic strasznego się nie stanie. Rząd będzie płacił to, co musi płacić (obligacje, pensje, emerytury), a przestanie łożyć na mniej istotne sprawy. W ten sposób oszczędności, których nie udało się wymusić na Obamie w negocjacjach, zostaną wymuszone przez sytuację. A podwyżki podatków nie będzie, bo na to potrzeba zgody Kongresu.

Jednakże szefowie Partii Republikańskiej zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i zaczynają się łamać. A dokładniej - szukać takiego rozwiązania, które uratuje państwo przed bankructwem, ale winę za zwiększenie długu publicznego zrzuci na Obamę.

We wtorek szef Republikanów w Senacie Mitch McConnell zaproponował, żeby awaryjnie przyznać prezydentowi prawo trzykrotnego zwiększenia długu publicznego do końca 2012 r. - w sumie o 2,5 bln dol. Decyzję prezydenta Kongres będzie mógł obalić tylko większością dwóch trzecich głosów.

"New York Times" komentował, że jest to przewrotne i cyniczne odrzucenie szansy na wielką reformę finansów. Republikanie nie mają aż tak dużej większości, więc jeśli propozycja McConnella przejdzie, będą bez żadnych konsekwencji głosować przeciwko zwiększaniu długu i gardłować, że Obama prowadzi kraj do ruiny. I w ten sposób Ameryka nie utonie, tylko będzie dryfować aż do wyborów prezydenckich w 2012 r. W których oczywiście utonie sam Obama.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    56 głosów

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (2)

  • felusiak1

    0

    WP wyliczył, że połowa długu to wina busha. ten bush bedzie ich straszył nawet zza grobu.
    ciekawe, że nie potrafił wyliczyć o ile dług wzrósł od dniz objecia prezydentury przez obamę.
    faktyczny, obsługiwany czyli oprocentowany dług wynosi 9741 mld. w momencie objecia przez obamę prezydentury wynosił 6369 mld. w 29 miesiecy obama pożyczył 3400 mld. bush przez 8 lat czyli 96 miesiecy pozyczył 2900 mld. obama pozyczył wiecej niż bush ale oczywiście to wina busha. no ale on już tak ma. wywoływał trzęsienia ziemi, tsunami, wojny i pozyczał, pożyczał, pożyczał.....

  • bezportek

    0

    Bardzo fajnie się składa. Lewackie media, od NYT po WPost, zatkało ze zgrozy.
    Ohydna hydra Republikanów dusi biednego Obamę, dlawi jego dziecinne gardełko, a zebrany chór meneli może tylko ubolewać.
    Oczywiście, to wszystko wina Prezydenta, którego z jakiegoś powodu Autor artykułu nazywa Bush'em, widać tytułowanie zastrzeżone jest tylko dla Przedpokojowego Noblisty, Mesjasza Zmiany. Rzeczony GWB ośmielił się w osiem lat narobić długów, które Barack (we can!) w dwa lata - podwoił. I byłby narobił jeszcze więcej szajsu, ale go od roku Kongres trzyma na krótkiej smyczy, jak wściekłego chihuahua.
    Elektorat lewicy nie jest w stanie dopuścić, aby administracja zahamowała wyciek dolarów na bękarty, narkole i nielegale, że o utopii "powszechnego ubezpieczenia" nie wspomnę. Efekt - Mesjasz Zmiany zapowiada ucięcie równo z szyją ukochanego dziecka FDR, osławionej piramidy Social Security, od lat wysysającej pieniądze klas pracujących na rzecz nierobów.
    A propos nierobów, znów pod celą wylądował śmieć nad śmiecie, czarny i durny menel, z jakiegoś powodu przez GW zwany "bohaterem". Widać szamotanie się z policjantami, zwierzęca agresja i bydlęcy upór zaćpanego sutenera to powód do chwały.
    A może fakt, że tabloidy a la NotW upowszechniły sceny jego bójki z policją i podjudziły czarnego luda do rozbojów (55 morderstw, milardy strat, zachowanie typowe dla obamowatych). Miejmy nadzieje, że w najbliższym czasie Ameryka pozbędzie się obu "bohaterów" - zakały na stołku i bandziora spod celi, ku wielkiej uldze tubylców i rynków finansowych świata.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX