Andrzej Poczobut skazany, ale wolny

Będę nadal zajmował się tym, czym zajmowałem się dotychczas. Władze myślą, że jak trochę komuś odpuszczą, to on zrezygnuje. Ja na taki wariant się nie zgadzam - mówi Andrzej Poczobut. Wczoraj wyszedł z aresztu po 91 dniach
Sąd w Grodnie skazał wczoraj Andrzeja Poczobuta na trzy lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

Jeśli sąd wcześniej nie dopatrzy się złamania prawa, za dwa lata odbędzie się kolejny jego proces o zniesławienie i znieważenie prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Sędzia oceni, czy dziennikarz nie popełnił kolejnego "przestępstwa" i czy powinien jednak pójść do więzienia. Na razie Poczobutowie mają dostać z powrotem trzy skonfiskowane komputery i odtwarzacz DVD. Sędzia zdjął też "areszt" ze sprzętu domowego, który nałożono na poczet ewentualnego odszkodowania dla rzekomo poszkodowanej głowy państwa.

Prokuratura uznała za "przestępstwo" nazywanie w artykułach dla "Gazety" i komentarzach w internecie Łukaszenki dyktatorem oraz pisanie, że wybory na Białorusi są fałszowane. Domagała się trzech lat łagru, na jej prośbę sąd utajnił proces. Amnesty International uznała Poczobuta za więźnia sumienia, jego uwolnienia domagali się m.in.: szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton, szef europarlamentu Jerzy Buzek, szefowie dyplomacji Szwecji, Niemiec i Czech. Podczas wizyty w Polsce wspomniał o dziennikarzu prezydent USA Barack Obama.

Wyrokiem w zawieszeniu władze chcą zakneblować niezależnych dziennikarzy. Na podobny wyrok została skazana w maju Irina Chalip pracująca dla mediów rosyjskich.

Poczobut o więzieniu, procesie i przyszłości

- Zamierzam bronić swoich poglądów, również w komitecie ONZ ds. praw człowieka. Bo to oskarżenie nawet jak na Białoruś jest farsą. Cały proces był farsą. Eksperci prokuratury nie potrafili nawet zdefiniować oszczerstwa. Absolutnie nie spodziewałem się, że wyjdę na wolność. Byłem przekonany, że moja więzienna odyseja będzie trwała. Rozumiałem, że moja sprawa jest z jakichś powodów przeciągana. Domyślałem się, że oni są pod jakąś presją i nie wiedzą jeszcze, jak to rozegrać. Na razie nie mogę opuszczać nawet Grodna, ale mam nadzieję, że po uprawomocnieniu wyroku to się zmieni. Będę się odwoływał.

Oczywiście, że było ciężko, gdy myślałem np. o synu. Ale trzymałem się zasady, że nie mogę ustąpić nawet na milimetr. Uważałem, że na moim przykładzie chcą zastraszyć innych. Na początku obawiałem się, że będę torturowany. Pisałem przecież o tym, jak torturowali w Mińsku Alesia Michalewicza, jednego z aresztowanych kandydatów opozycji na prezydenta w wyborach 19 grudnia 2010 r. [Michalewicz uciekł z Białorusi i dostał azyl w Czechach].

Próbowali mnie złamać, ale dosyć prymitywnie. Wsadzali mi np. do cel agentów. Siedzi ze mną facet i zaczyna nagle doradzać, że przecież mogę łatwo wyjść. Nie było trudno domyślić się, o co chodzi. Albo prokurator opowiadał mi o blogerze z Lidy, który pisał krytycznie w internecie o przewodniczącym rejonu. Chłopak poprosił o przebaczenie i umorzyli sprawę. Jasno zaznaczyłem, że nie będę się kajał, bo nie popełniłem przestępstwa. Musieli zrozumieć, że mnie nie złamią.

Strażnicy i szefostwo więzienia próbowali pokazać mi, gdzie jest moje miejsce. Ale pisałem skargi i walczyłem o swoje prawa. Prokuratorowi obwodowemu, który był z wizytą w areszcie, poskarżyłem się, że nie mam do dyspozycji przepisowych dwóch i pół metra kwadratowego powierzchni w celi. I zabrali jednego więźnia. Wiceszefowi aresztu, którego wszyscy się bali, skarżyłem się na brak gorącej wody. No to on cztery dni z rzędu przeprowadzał u nas rewizje. To ja napisałem pisemną skargę i gorącą wodę dostałem, choć nie na długo. Byłem też chyba jedynym więźniem, który miał gwarantowane przez prawo trzy godziny spaceru dziennie.

Na innych więźniach zawsze robiło wrażenie, że jak nas przewozili, to ludzie czekali i krzyczeli za mną. Żartowali, że ludzie zaraz przewrócą samochód i mnie uwolnią. Dochodziły też listy, ale nie wszystkie. Jeden dostałem z polskiego więzienia. Na cenzorze zrobiło to chyba również wrażenie, bo bardzo szybko doszedł.

Dziękuję wszystkim za wsparcie, bo naprawdę czułem je przez mury więzienia.