- Na świecie minął czas rządów duchowych przywódców czy królów - mówił niedawno Dalajlama w swej siedzibie w indyjskiej Dharamsali, gdzie mieszka od ucieczki z Tybetu w 1959 r. To na jego życzenie Tybet po wiekach teokracji ma się sam stać demokratyczny, a przy okazji pokazać drogę Chinom.
W niedzielę tysiące Tybetańczyków na wygnaniu poszło do buddyjskich świątyń, gdzie urządzono punkty do głosowania, by wybierać parlament i premiera. Te niezwykłe wybory odbyły się w 13 krajach od Indii po Australię i
USA, gdzie mieszka większa część ze 150-tysięcznej diaspory tybetańskiej. Nie mogli tego zrobić tylko w Nepalu, gdzie mieszka ich 20 tys., a to dlatego, że Katmandu ugięło się pod naciskami Chin.
Świecki premier zastąpi Dalajlamę na czele rządu na uchodźstwie. Faworytem wyborów, których ostateczny wynik będzie znany za miesiąc, jest 43-letni Lobsang Sangay, prawnik po Harvardzie mieszkający w USA. Nie wiadomo jednak, jak na tę daleko idącą reformę zareaguje 6 mln bezgranicznie oddanych Dalajlamie Tybetańczyków z samego Tybetu i sąsiednich prowincji chińskich. Trudno im będzie przenieść uczucia na człowieka, który urodził się w Indiach, a Tybetu nie widział na oczy.
Eksperci przyznają, że świecki rząd to dla Tybetu ryzykowny eksperyment. 76-letni Dalajlama, który jest symbolem walki o wolność Tybetu na całym świecie, cieszy się ogromnym prestiżem. Jego następcy nikt nie zna i nie ma on wstępu na światowe salony. Są obawy, że po śmierci Dalajlamy świat zacznie zapominać o Tybecie.
- Jednak póki Dalajlama żyje, niewiele się zmieni - mówi nam amerykański tybetolog Robbie Barnett. Bo Dalajlama zamierza pozostać duchowym przywódcą buddystów tybetańskich, a nawet niezależnie od tytułu charyzmatyczny duchowny będzie reprezentować sprawę Tybetu na świecie.
O tym, że rezygnuje z przewodzenia rządowi na wygnaniu, Dalajlama poinformował dziesięć dni temu. Przygotowywał do tego swoich wyznawców od wielu lat. Następca liczącej setki lat dynastii lamów szkoły Gelugpa wierzy, że Tybet ma się stać nowoczesną demokracją. Od początku lat 60. przekonywał wyznawców, że mają się uczyć brać za siebie odpowiedzialność.