Jak CIA poznała się z UOP

20 lat temu grupa oficerów UOP uratowała w Iraku swych amerykańskich kolegów po fachu rozpoczynając trwający do dziś niezwykły sojusz wywiadów USA i Polski. Niewiele jednak brakowało, by jedno spotkanie w ambasadzie III RP w Lizbonie przekreśliło tę historię
Mija właśnie 20. rocznica sławnej operacji wyciągnięcia oficerów CIA i DIA z Iraku przez polski wywiad. Poniższy tekst, pokazujący prawdziwą historię tej operacji, powstał kilka lat temu. W 2006 r. ukazał się na blogu Bartosza Węglarczyka.

***

Akcja ratowania oficerów amerykańskiego wywiadu w Iraku wczesną jesienią 1990 r. była często opisywana, powstał nawet film oparty na jej elementach. Teraz dotarłem do wysokich rangą oficerów UOP i CIA, którzy rozpoczęli tę niezwykłą współpracę. Poniżej opisuję, jak i dlaczego Waszyngton postanowił wówczas zaprzyjaźnić się ze swymi niedawnymi przeciwnikami.

1.

Gdy w 1989 r. padał Mur Berliński, szpiedzy ze Wschodu i Zachodu byli gotowi na zmiany. Nowe demokracje w Europie Środkowej szukały nowych sojuszników.

- Już latem 1989 r. zaczęliśmy nagle otrzymywać sygnały z Europy Środkowej, że tamtejsze wywiady chcą z nami nawiązać oficjalne kontakty - opowiada Jan, który przez kilkadziesiąt lat zimnej wojny jako oficer CIA prowadził wojnę przeciwko wywiadowi PRL. - Zaczęło nas to przerastać, podejrzewaliśmy, że to prowokacja, bo nikt nie wiedział, jak daleko idą zmiany po drugiej stronie Muru.




Dekadę po tych wydarzeniach siedzimy na przedmieściach Waszyngtonu w wietnamskiej restauracji, bardzo popularnej wśród weteranów wojny w Wietnamie. Jan - imię na jego prośbę zmienione - jest od niedawna na emeryturze.

- Nasza przyjaźń z Polakami zaczęła się sto metrów stąd - mówi wskazując widelcem na ekskluzywny hotel Ritz, w którym niedługo po upadku Muru odbyło się pierwsze w USA spotkanie oficerów wywiadów obu krajów.

Jan w latach zimnej wojny miał w CIA jedno zadanie: znać nazwiska i twarze oficerów wywiadów Polski, Rumunii i kilku innych krajów naszego bloku. Jan pracował w najtrudniejszej, ale i najbardziej elitarnej komórce każdego wywiadu - kontrwywiadzie zagranicznym.

Kontrwywiad zagraniczny wbrew nazwie nie zajmuje się łapaniem obcych szpiegów, lecz zbieraniem informacji o wywiadzie wroga oraz werbowaniem jego oficerów. - Urzędnik jakiegoś zachodniego MSZ to była zawsze gratka, ale prawdziwą satysfakcję przynosiło dopiero zwerbowanie oficera obcego wywiadu - tłumaczy mi wieloletni oficer tej komórki w wywiadzie PRL.

Podboje kontrwywiadu zagranicznego są najchętniej opisywane w filmach i książkach szpiegowskich. Najsłynniejszym w historii zimnej wojny sukcesem tej komórki po którejkolwiek ze stron było zwerbowanie w latach 80. przez KGB Aldricha Amesa, który w CIA odpowiadał za... werbowanie agentów w KGB. Dzięki informacjom przekazanym przez Amesa Rosjanie praktycznie sparaliżowali na kilka lat pracę CIA w ZSRR.

2.

Na początku 1990 r. szefowie wydziału wschodnioeuropejskiego CIA spotkali się w centrali Agencji w Langley pod Waszyngtonem. - Dlaczego szukają z nami kontaktu wszyscy z Europy Środkowej, tylko nie Polacy? - zapytał Jana jeden z przełożonych.

Jan nie był pewien: - Może się boją, że nie odpowiemy?

- Myśmy szukali takich kontaktów już w 1988 r. - twierdzi Gromosław Czempiński, emerytowany generał UOP, a w 1990 r. oficer kontrwywiadu zagranicznego. - Wiedzieliśmy, że nadchodzą nowe czasy i Polska będzie potrzebować nowych sojuszy. To Amerykanie w ogóle nie reagowali na nasze sygnały.

Dopiero jesienią 1989 r. przy okazji akcji "Most" - przerzutu przez nasz kraj żydowskich emigrantów z ZSRR do Izraela - w Warszawie pojawili się pierwsi przedstawiciele zachodniego wywiadu, ale nie z CIA, lecz brytyjskiego MI6.

Doszło wówczas do pierwszej po II wojnie światowej oficjalnej wizyty przedstawicieli wywiadu kraju NATO w siedzibie polskiego wywiadu na Rakowieckiej w Warszawie. W tamtym spotkaniu wzięli udział ówczesny dyrektor polskiego wywiadu Henryk Jasik, nie żyjący już szef kontrwywiadu zagranicznego Bronisław Zych oraz ówczesny szef ochrony naszych ambasad Sławomir Petelicki. Były to jednak wciąż kontakty chłodne i ograniczone ściśle do pomocy przy organizowaniu "Mostu".

CIA rzeczywiście nie myślała o oficjalnych rozmowach z Polakami aż do początku 1990 r. - Może i Polacy szukali jakiś kontaktów w 1988 r., ale wtedy to myśmy jeszcze walczyli z Armią Radziecką w Afganistanie i tego typu spotkania nawet nam się nie śniły - mówi Jan. - Nawet po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego nikt z nas nie myślał jeszcze o sojuszu z Polakami, przecież waszymi służbami specjalnymi i wojskiem nadal kierowali Kiszczak i Siwicki.

Po burzy mózgów w Langley szefowie zlecili jednak Janowi wytypowanie kilku oficerów polskiego wywiadu stacjonujących za granicą, z którymi Agencja mogłaby rozpocząć delikatne negocjacje w sprawie oficjalnych kontaktów. Po długich naradach w marcu tego samego roku Agencja znalazła dwóch: rezydentów polskiego wywiadu w Lizbonie i Rzymie.

- Dlaczego nie nawiązać kontaktu po prostu w Warszawie albo w naszej ambasadzie w Waszyngtonie? - pytam oficera CIA, który brał udział w tych podchodach.

- W Warszawie nadal działaliśmy jak na wrogim terenie i w razie odmowy ze strony Polaków nie chcieliśmy palić swych oficerów - przyznaje Amerykanin. - A w Waszyngtonie zgodnie z prawem musielibyśmy prosić o współpracę FBI, na co nie mieliśmy ani chęci, ani czasu.

Dlaczego akurat Lizbona i Rzym? Szef stacji polskiego wywiadu w Rzymie był młodym, ambitnym i pracowitym oficerem - tak oceniała go sama CIA. Włosi skrupulatnie pilnowali jednak polskiej ambasady, a Agencji zależało na dyskrecji.

Portugalczycy przykładali do pilnowania Polaków o wiele mniejszą wagę. Jan wskazał więc na dużo starszego, bardziej doświadczonego i cieszącego się większym zaufaniem warszawskiej centrali rezydenta wywiadu w Lizbonie.

Amerykanie doskonale owego oficera - nazwijmy go Domaszewski - znali, wcześniej prowadził on bowiem operacje wywiadu PRL przeciwko CIA.

- To taki specyficzny zawód, że wszyscy się znamy jak nie z widzenia, to z teczek - mówi Jan. - Czempińskiego znałem na długo zanim go spotkałem, moje nazwisko też dla nikogo w Warszawie nie było tajemnicą. A im kto bardziej nam dokuczał, tym większym szacunkiem go darzyliśmy. Rezydent wywiadu PRL w Lizbonie był na tej liście bardzo wysoko.

3.

Tak zaczęła się wielka gra, w wyniku której zaledwie miesiące później kilku Polaków będzie narażać życie w Iraku dla kilku nieznanych im Amerykanów, a Polska zyska wiernych i bardzo wpływowych sojuszników.

W pierwszych dniach marca 1990 r. Jan przyleciał rejsowym samolotem z Waszyngtonu do Lizbony. Szef portugalskiej stacji CIA na wieść o jego zamierzeniach postukał się tylko w czoło i zapowiedział, że on na pewno nie będzie brał w tej awanturze udziału.

Następnego dnia rano Jan zatelefonował do ambasady RP prosząc o połączenie z Domaszewskim, który swą pracę w wywiadzie ukrywał pod przykrywką dyplomaty. Polaka nie było jednak w biurze. Śledzący poczynania Jana przełożeni w Langley zamarli z przerażenia - nikt nie sprawdził wcześniej, czy Domaszewski nie wyjechał przypadkiem na urlop.

Okazało się jednak, że Polak poszedł na lunch. Godzinę później Jan zjawił się po prostu pod bramą ambasady i poprosił o spotkanie z dyplomatą. Posadzono go w przedpokoju, przez który po kilku minutach w tę i z powrotem przemaszerował Domaszewski próbując dociec, kim jest jego tajemniczy gość.

Gdy wreszcie znaleźli się sam na sam w gabinecie Domaszewskiego, Amerykanin odkrył karty i przedstawiając się prawdziwym nazwiskiem powiedział: - Jestem oficerem CIA, przyszedłem przekazać pańskim przełożonym propozycję nawiązania oficjalnej współpracy.

Domaszewski zaniemówił. Wiele lat doświadczenia podpowiadało mu, że to prowokacja: CIA próbuje go przewerbować na swoją stronę. - To bezczelność, jestem dyplomatą i nie mam ze szpiegami nic wspólnego - zaczął krzyczeć na swego gościa.

Jan nie ustępował, choć udający oburzenie gospodarz prawie wyrzucił go za drzwi. - Masz aparat fotograficzny? - zapytał zdesperowany Amerykanin wyciągając z kieszeni amerykański paszport. - Nie! - odparł Polak wypychając swego gościa za drzwi.

- No, ale ambasada ma ksero, prawda? - naciskał zrozpaczony Jan. - Skseruj sobie chociaż mój paszport.

Dokument był prawdziwy, w nim Domaszewski znalazł domowy adres i telefon Jana w USA. Polak był tak zdenerwowany całą sytuacją, że nie pozwolił nawet Amerykaninowi zamówić taksówki. - Musiałem z ambasady przemaszerować przez całe miasto do hotelu - Jan śmieje się dziś z tamtej przygody.

Centrala CIA w Langley po wysłuchaniu raportu Jana podzieliła jego pesymizm - próba kontaktu prawdopodobnie się nie udała. Domaszewski podczas spotkania nawet nie robił notatek, uznając prawdopodobnie całą opowieść Jana za kompletną bzdurę mającą na celu jedynie wprowadzenie go w błąd.

- Może trzeba będzie spróbować ponownie w Rzymie - pocieszyli Jana przełożeni. Kilka lat później Jan opijając ze swymi nowymi przyjaciółmi piątą rocznicę operacji w Iraku zażartuje, że tamtego dnia w Lizbonie zdecydowanie zawiódł się na legendarnej polskiej gościnności.

Domaszewski na szczęście wysłał depeszę do Warszawy z opisem spotkania i kopią paszportu swego gościa. W warszawskiej centrali wywiadu zawrzało: Jana znało tu wiele osób. Zaledwie pięć lat wcześniej ten sam Amerykanin prowadził w Genewie zakończoną fiaskiem operację zwerbowania dla CIA oficera wywiadu PRL... Gromosława Czempińskiego.

Amerykanin wrócił do USA tuż przed początkiem weekendu. - W sobotę i niedzielę nic się nie wydarzyło, ale w poniedziałek o świcie u Jana w domu zadzwonił telefon. Dzwonił - z budki telefonicznej w Lizbonie - Domaszewski.

- Wie pan, kim jestem?

- Wiem - odparł Jan owijając się ręcznikiem, bo telefon złapał go pod prysznicem.

- Rozmawiałem ze swymi szefami, są zainteresowani pana propozycją - powiedział Polak.

- Dobrze, proszę zadzwonić do mnie za trzy dni o tej samej porze, uzgodnimy szczegóły - odparł Jan.

Tak CIA i wywiad nowopowstałej III Rzeczpospolitej nawiązały pierwszy kontakt. W Święto Pracy w 1990 r. w jednym z hoteli w Lizbonie polscy i amerykańscy oficerowie po raz pierwszy uścisnęli sobie ręce już nie jako wrogowie.

Miesiąc później Jan oraz kilku oficerów CIA byli w Polsce, gdzie na spotkaniu w willi wywiadu pod Warszawą dyskutowali o możliwej współpracy. Nikt z uczestników nie wiedział wówczas, iż w dalekim Iraku Saddam Husajn wydaje właśnie rozkaz inwazji na Kuwejt.

4.

Amerykanie byli zaskoczeni irackim atakiem nie mniej, niż dziennikarze CNN, którzy kilka godzin po rozpoczęciu inwazji nie byli pewni, czy nie są to wcześniej zaplanowane wspólne manewry. Razem z Białym Domem zaskoczyć dało się również kilku oficerów amerykańskiego wywiadu, którzy na irackiej granicy śledzili ruchy wojsk Saddama.

Było ich mniej niż dziesięciu. Zbierali informacje o ruchach jednostek Saddama dla trzech amerykańskich agencji wywiadowczych: CIA, wywiadu wojskowego DIA oraz agencji wywiadu elektronicznego NSA.

Ich sytuacja była o wiele trudniejsza, niż dyplomatów w Bagdadzie. Żaden z nich nie miał bowiem paszportu dyplomatycznego, w razie pojmania nie mogli liczyć na litościwe traktowanie. - Byliśmy stuprocentowo pewni, że w razie pojmania zostaną poddani torturom i zabici - mówi były wysoki oficer CIA, który szukał wówczas możliwości uratowania całej grupy. Losem Amerykanów interesował się prezydent George Bush.

W CIA powstał sztab kryzysowy, który analizował metody wyciągnięcia grupy. - Rozważali możliwość poproszenia o pomoc Brytyjczyków i Francuzów, ale w końcu doszli do wniosku, że tylko Polacy mają dość doświadczenia i dość ludzi na miejscu, by uratować naszych - mówi emerytowany oficer CIA, do którego sztab kryzysowy przyszedł z propozycją zwrócenia się o pomoc właśnie do Polaków.

W połowie sierpnia, dwa tygodnie po inwazji, w gabinecie Czempińskiego, wówczas już zastępcy szefa wywiadu, pojawił się Jan. - Darzyliśmy się już zaufaniem, więc Jan nie próbował kręcić, od razu powiedział, o co chodzi - opowiada Czempiński. - Ja zaniemówiłem.

Według Jana Czempiński zgodził się od razu: - Dodał oczywiście, że ponieważ reperkusje polityczne takiej operacji mogą być gigantyczne, musi najpierw uzyskać zgodę władz politycznych.

- Poza śmiercią biorących w akcji udział Polaków obawialiśmy się przede wszystkim zemsty Irakijczyków na kilku tysiącach pracujących wówczas w Iraku Polakach - mówi Czempiński.

Następnego dnia Czempiński i jego szef Jasik byli u ministra Andrzeja Milczanowskiego, nadzorującego wówczas UOP. Milczanowski zgodził się, że zyski polityczne dla państwa polskiego w przypadku powodzenia akcji mogą być tak duże, iż ryzyko warto podjąć. Takie rozumowanie poparli później minister spraw wewnętrznych, premier i prezydent.

- Uważaliśmy wówczas i uważamy dziś, że to miała być akcja o charakterze humanitarnym, nie wymierzona w Irak - opowiada Czempiński. - Tu nie chodziło o zdobycie jakieś tajnych informacji czy planów, lecz o uratowanie życia tych ludzi.

5.

Rozpoczęły się przygotowania: poszukiwanie dróg ucieczki, dokumentów i przede wszystkim informacji o działaniach irackiego kontrwywiadu w Bagdadzie.

Podczas jednej z polsko-amerykańskich narad w biurze Milczanowskiego ten zapytał Jana, na ile oblicza szanse powodzenia akcji.

- Nie jestem Bogiem, ale ponieważ brałem udział w dziesięciu czy dwunastu tego typu operacjach, mogę więc...

- Nie, nie, powiedz, że brałeś udział w dziesięciu - przerwał mu Czempiński.

- Gromek, ja nie pamiętam dokładnie... - odparł Amerykanin zdziwiony czepianiem się szczegółów.

- Powiedz, że w dziesięciu, bo jak powiesz dwunastu, to ta operacja będzie trzynastą i przyniesie nam pecha - tłumaczył as polskiego wywiadu.

Przez kolejne tygodnie w Warszawie i Waszyngtonie powstawały szkice planu operacji. W tym czasie Amerykanie ukryci w Iraku na własną rękę uciekali znad granicy z Kuwejtem do Bagdadu, gdzie przez wiele dni musieli ukrywać się przed zaciekle szukającymi ich Irakijczykami.

Gdy na początku października 1990 r. wszystko było już dopięte na ostatni guzik, dwaj oficerowie wywiadu RP w Bagdadzie poinformowali centralę, że nagle zmieniły się warunki i akcji nie da się przeprowadzić. A Waszyngton bił na alarm: wyczerpani ucieczką Amerykanie byli na granicy załamania nerwowego i w każdej chwili mogli popełnić kosztujący ich życie błąd.

Czempiński zdecydował, że musi sam pojechać do Iraku, by na miejscu ocenić, czy operację rzeczywiście trzeba odwołać.

6.

Całą prawdę o tym, co wydarzyło się od tego momentu w Bagdadzie, zna dziś tylko dwóch ludzi - Czempiński i jeden z dwóch oficerów UOP z bagdadzkiej stacji. Drugi z oficerów zmarł kilka lat temu.

Wiem jednak, że niezależnie od trójki w Bagdadzie nad odwróceniem uwagi irackiego kontrwywiadu od amerykańskich zbiegów pracowała w innych częściach Iraku druga grupa Polaków. Tę część akcji muszę jednak pominąć ze względu na bezpieczeństwo biorących w niej udział ludzi i ochronę metod pracy naszego wywiadu.

Do Iraku Czempiński pojechał pod innym nazwiskiem, udając polskiego cwaniaka, który szuka możliwości zrobienia szybkiego interesu przy okazji toczącej się w Kuwejcie wojny. - Miałem z sobą dużo pieniędzy, korzystałem z życia, bawiłem się, szukałem kontaktów, kombinowałem, co wszystkim wokół wydawało się bardzo naturalne - opowiada Czempiński o swej przybranej osobowości.

Po trzech dniach nawet jemu wydawało się jednak, że operacja rzeczywiście zostanie odwołana: - Sam przeżyłem kryzys, wydawało mi się, że nic się nie da zrobić.

Polakom pomogli jednak - nieświadomie - sami Irakijczycy. Choć Czempiński nie chce o tym mówić, kluczową w zdobyciu informacji i dokumentów potrzebnych do wywiezienia Amerykanów była Irakijka, żona urzędnika reżimu Saddama. - Irackie kobiety nie dość że są odważne, to jeszcze widzą dużo więcej od mężczyzn - kwituje tę część operacji sam Czempiński.

Ostatecznie Czempiński przygotował karkołomny plan wywiezienia Amerykanów z Bagdadu do Warszawy przez Turcję. Na kilka godzin przez rozpoczęciem akcji Polacy wysłali do Warszawy prośbę o zgodę na jej rozpoczęcie. Zgody nie było - zarówno kierownictwo UOP, jak i sztab kryzysowy w CIA uważali, że plan jest zbyt ryzykowny.

- Jako szef akcji mogłem sam podejmować wszystkie decyzje na miejscu - tłumaczy się Czempiński, który zdawał sobie sprawę, że jego plan zostanie uznany za zbyt ryzykowny. - Wysłałem do Warszawy informację o planie na tyle późno, by nie zdążyli mi przysłać nieuchronnej odmowy. Ale odmowa przyszła, a Czempiński nie przyjął jej po prostu do wiadomości.

Od piątej rano pewnego październikowego dnia Amerykanie wraz z ubezpieczającą ich trójką Polaków wyruszyli z Bagdadu.

Kilkunastogodzinna jazda do tureckiej granicy nie wyglądała tak, jak pokazywał to głośny film "Operacja Samum". Nie było bowiem autokaru pełnego polskich robotników, choć była whisky Johnny Walker, przy pomocy której Polacy próbowali spić swych podopiecznych.

Polacy mieli nadzieję, że pijani Amerykanie - wcześniej zaopatrzeni w polskie paszporty, przebrani w polskie rzeczy i nawet ostrzyżeni zgodnie ze słowiańską modą - nie wzbudzą zainteresowania Irakijczyków. - Ale wypiliśmy całą whisky i chyba z tych nerwów wszyscy byliśmy nadal kompletnie trzeźwi - Czempiński mówi o tym nadal ze zdumieniem.

Amerykanie przekroczyli granicę przez jedno z nielicznych otwartych przejść granicznych: - Mieli przykazane, by przez ziemię niczyją do Turcji iść spokojnym krokiem, ale nie wytrzymali i pobiegli jak szaleni.

Po drugiej stronie Amerykanów odebrali kolejni oficerowie UOP, którzy zawieli ich do Ankary, a stamtąd rejsowym samolotem do Warszawy. Czempiński z dwójką swych ludzi został w Iraku, przez kilkanaście dni maskując ślady operacji i przy okazji wyprowadzając z Iraku jeszcze jedną grupę cudzoziemców - tym razem obywateli brytyjskich.

Gdy wszystko zostało wysprzątane, biznesmen, pod którego podszywał się Czempiński, "załamał się nerwowo" i ku zniesmaczeniu swych irackich przyjaciół uciekł z ogarniętego wojną Iraku do Polski.

Z Turcji do Polski Amerykanie ze swymi polskimi opiekunami przylecieli rejsowym samolotem LOT-u. Na Okęciu czekał na nich szef stacji CIA w Warszawie i uzbrojona po zęby ochrona. - Cały czas baliśmy się, że Irakijczycy odkryli ucieczkę i przygotowali na Okęciu coś szalonego, jakąś próbę zabicia Amerykanów - opowiada mi jedna z osób czekających wówczas na lotnisku.

Atmosfera zaczęła przypominać piekło, gdy w pewnym momencie osłaniający Okęcie i przylot samolotu komandosi zauważyli grupę kręcących się po lotnisku nerwowo ludzi wyglądających na Arabów. Po chwili zamieszania okazało się jednak, że wraz z uciekinierami tym samym samolotem przyleciał turecki minister, którego witała na Okęciu połowa tureckiej ambasady.

Amerykanie spędzili w Warszawie kolejną dobę, głównie próbując uspokoić nerwy. Jeszcze tego samego wieczoru w podwarszawskiej willi UOP oficerowie CIA, UOP i uratowani świętowali udaną operację.

Wysoki urzędnik amerykańskiej administracji, który był na tym przyjęciu tak je opisuje: - Tłum śmiejących się, rozradowanych ludzi, a w środku grupa Polaków, którzy wyglądali, jakby właśnie wyszli z piekła. To byli Amerykanie, ale naprawdę wyglądali jak Polacy w tych ubraniach i typowo polskich fryzurach. Byli w euforii, choć nieprawdopodobnie zmęczeni.

Następnego dnia Jan, który witał w Warszawie uratowanych kolegów, poszedł kupić im trochę amerykańskich ubrań w Peweksie. Traf chciał, że tam wpadł na ówczesnego dyrektora Peweksu... Mariana Zacharskiego.

Najgłośniejszy polski szpieg w USA natychmiast rozpoznał doskonale mu znanego oficera CIA. Przejęty, że o to trafił na ślad jakieś amerykańskiej operacji w Warszawie, zadzwonił natychmiast do swych szefów w UOP, by donieść im o Janie, który chodzi po Warszawie przez nikogo nie pilnowany. Ci oczywiście nie mogli mu powiedzieć, że Jan jest w Polsce na ich zaproszenie.

Uratowani Amerykanie, już w ubraniach z Peweksu, wrócili do USA specjalnie wysłanym po nich samolotem wojskowym, którym na co dzień latała Pierwsza Dama USA Barbara Bush. Samolot nie miał żadnych specjalnych oznaczeń, więc na Okęciu nie zwrócił niczyjej uwagi.

Kilka tygodni później Warszawę odwiedził z tajną wizytą ówczesny szef CIA William Webster, by osobiście podziękować Polakom za pomoc. Podczas wydanej na jego cześć kolacji w willi UOP na warszawskim Zawracie ówczesny ambasador USA Thomas Simmons powiedział pewnemu oficerowi UOP, że cieszy się, iż wreszcie ma okazję zwiedzić dom, w którym mieszkał niegdyś minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz.

- A ja się cieszę, że jutro będę na kolacji u pana ambasadora - odparł oficer, który w PRL-owskiej SB pilnował amerykańskich dyplomatów w Warszawie. - Wreszcie zobaczę na własne oczy dom, którego plan znam na pamięć.

Simmons zaniemówił, choć wiedział, że jego willa położona niedaleko UOP-owskiej willi na Zawracie znajdowała się przez całe lata na podsłuchu.

7.

- Od marca 1990 r., gdy w Lizbonie nasi i wasi spotkali się po raz pierwszy, do października stosunki pomiędzy CIA i UOP z zimnowojennych przekształciły się w ścisły sojusz - mówi były wysoki rangą urzędnik amerykańskiej dyplomacji z doskonałą znajomością tematu. - Ta współpraca trwa do dziś, a CIA była w Waszyngtonie jednym z najbardziej gorących orędowników waszego wejścia do NATO.

W rezultacie operacji w Iraku - ani pierwszej, ani ostatniej wspólnej akcji CIA i UOP - o której przebiegu szef CIA meldował na bieżąco prezydentowi Bushowi, rząd USA poparł nasze starania o redukcję zadłużenia wobec zachodnich banków państwowych.

Amerykański prezydent i jego doradcy byli pod tak dużym wrażeniem tego, co zrobił dla nich w Iraku UOP, iż Biały Dom wydał tajną instrukcję nakazującą Pentagonowi udzielenie Polakom wszelkiej pomocy przy organizacji jednostki antyterrorystycznej "GROM".

- Amerykanie zagwarantowali nam od początku tak daleko posunięty dostęp do informacji i sprzętu, że sami byliśmy zaskoczeni, jak bardzo nam ufają - mówi dziś gen. Sławomir Petelicki, pierwszy dowódca "GROM-u". - Nie miałem wtedy i nie mam dziś żadnych wątpliwości, iż zawdzięczaliśmy to właśnie operacji w Iraku.