Wielkie inwestycje publiczne w transport oraz ulgi podatkowe dla firm i klasy średniej - to najnowszy plan, który Barack Obama ogłosił wczoraj, a doprecyzuje jutro.
Presja wywierana na prezydenta, by zaproponował nowe pomysły, rosła ostatnio równie szybko, jak kurczył się kluczowy dla gospodarki
USA rynek
nieruchomości. W lipcu sprzedano o 26 proc. domów mniej niż przed rokiem, który i tak był kiepski, a sprzedaż nowych jest na poziomie najniższym od początku statystyk w 1963 r.
Na domiar złego tydzień temu Biały Dom zrewidował prognozy wzrostu gospodarczego - w tym roku wyniesie on tylko 1,6 proc., a nie 3,7, jak przewidywano w styczniu. Z kolei
bezrobocie właśnie osiągnęło 9,6?proc. (od?wybuchu kryzysu pracę straciło ponad 8 mln Amerykanów).
Ponure wskaźniki przekładają się na sondaże. Demokraci po listopadowych częściowych wyborach do Kongresu mogą stracić większość w Izbie Reprezentantów. Republikanie rosną w siłę, krytykując wielki pakiet stymulacyjny, na który Obama przeznaczył w zeszłym roku z pieniędzy podatników prawie 800 mld dolarów. - Keynesowska gospodarka na sterydach poniosła klęskę - mówił w telewizji Fox republikański senator John McCain, odwołując się do Johna Keynesa, słynnego teoretyka interwencjonizmu państwa w gospodarce.
Nawet sympatyzujący z Obamą publicyści ironizowali, że jeśli w ogóle ma on pomysły na gospodarkę, to już nie będzie lepszej okazji, by je ujawnić.
Pierwszy z nich poznaliśmy wczoraj w Milwaukee, gdzie prezydent podczas obchodów amerykańskiego Dnia Pracy ogłosił plan inwestycji dających nowe miejsca pracy - linie kolejowe, autostrady i lotniska. Za 50 mld dol. prezydent chce przez sześć lat wybudować i zmodernizować 241 tys. km autostrad, 6,5 tys. km torów kolejowych i zrekonstruować 240 km pasów startowych lotnisk.
Kolejne plany prezydent Obama przedstawi jutro w Cleveland. Z przecieków z Białego Domu wynika, że zapowie odroczenia i ulgi podatkowe dla sektora nowych technologii i firm, które tworzą miejsca pracy. Przez najbliższe 10 lat złożą się one na 100 mld dolarów.
Niejasne jest, kto za to wszystko zapłaci. Na razie mówi się o międzynarodowych koncernach i firmach energetycznych, które z kolei ulgi podatkowe utracą.
Krytycy twierdzą, że plan Obamy to nic nowego. O publicznych inwestycjach mówiono od dawna, a ulgi podatkowe dla nowych technologii obowiązują już od 30 lat. Nie jest również nowym pomysłem, żeby przedłużyć wprowadzone przez George'a Busha ulgi podatkowe dla osób fizycznych.
Naprawdę nowe jest tylko to, że Obama chce, jak wynika z przecieków, znieść ulgi dla rodzin zarabiających ponad 250?tys. dol. rocznie, czyli dla 2?proc. najbogatszych. To pozwoliłoby zaoszczędzić bilion dolarów przez 10 lat, ale wywołuje gwałtowne protesty Republikanów i może nie przejść w Kongresie.
- Nie podnosiłbym teraz żadnych podatków, bo proces wychodzenia z kryzysu jest zbyt chwiejny i nie ma co narażać wzrostu - twierdzi Mark Zandi, główny analityk Moody's Analytics, b. doradca McCaina.
Najzagorzalsi przeciwnicy keynesizmu Obamy uważają nawet, że próby reanimowania niektórych sektorów gospodarki nie mają żadnego sensu, że trzeba im pozwolić zawalić się i naturalnie odrodzić. Dotyczy to zwłaszcza rynku nieruchomości, w który rząd pompuje setki miliardów dolarów, żeby utrzymać popyt i ograniczyć liczbę domów zlicytowanych za długi. W tym roku będzie ich ponad dwa miliony. - Lepiej byłoby zostawić to wolnemu rynkowi - mówi dla "New York Timesa" analityk Ivy Zelman.
Wówczas ceny mogłyby spaść o kolejne kilkadziesiąt procent, a od początku kryzysu
domy straciły już średnio 30?proc. wartości. Po takim krachu miliony Amerykanów obudziłyby się z kredytami kilka razy większymi niż wartość domów, w których mieszkają. Ale przynajmniej rynek by się ustabilizował i odbił od dna. - Chroniąc tych, którzy kupili domy na kredyt, rząd dyskryminuje tych, którzy chcieliby je kupić, ale nie mogą, bo ceny są sztucznie zawyżone - uważa Michael L. Moskowitz, prezes pośrednika nieruchomości Equity Now.
CZYTAJ TAKŻE:
Komentarz Petera Kaya z American Chamber of Commerce