Wczoraj wieczorem w Białym Domu odbyła się
kolacja, która, jak wierzą optymiści, ma szanse przejść do historii. Obama podejmował premiera Izraela Beniamina Netanjahu, prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa, prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka i króla Jordanii Abdullaha. Już samo ściągnięcie do Waszyngtonu tak dostojnych gości, którzy nie do końca chcą ze sobą rozmawiać, jest sporym sukcesem.
Dzień wcześniej w Hebronie zabójcy palestyńskiego Hamasu zastrzelili czwórkę żydowskich osadników - dwóch mężczyzn i dwie kobiety, z których jedna była w ciąży. Zamach miał zapewne storpedować zaczynające się właśnie pod patronatem Obamy rozmowy pokojowe, ale zamierzonego celu nie przyniósł. Siły bezpieczeństwa Autonomii przeprowadziły największą w swojej historii operację przeciw radykałom Hamasu, aresztując do środy ok. 300 z nich.
Paradoksalnie zatem zamach i palestyńska obława na Hamas może nieco stopić lody pomiędzy izraelskim premierem i palestyńskim prezydentem. Izraelczycy od dawna narzekali, że Autonomia jest słaba i nie kontroluje swoich terytoriów. Teraz prezydent Abbas może im odpowiedzieć: sami widzicie, że jesteśmy zdolni do zdecydowanych działań.
Zamach w Hebronie jednak nie jest jedyną przeszkodą, na której mogą wywrócić się rozmowy Izraela z Palestyńczykami. Już 26 września kończy się moratorium na rozbudowę żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu okupowanym przez Izrael od 1967 r.
Palestyńczycy i tak byli niezadowoleni z tego moratorium, bo nie obejmowało wschodniej Jerozolimy, w której widzą przyszłą stolicę swego państwa.
Netanjahu nie zapowiedział do tej pory, że przedłuży moratorium. Palestyńczycy, którzy uważają, że osadnicy kradną im ziemię, zapowiadają, iż nie będą rozmawiać ze złodziejami.
Pesymiści przepowiadają, że rozmowy zostaną szybko zerwane. W końcu od 1979 r. są to już dziewiąte rozmowy pokojowe izraelsko-palestyńskie, a pokój jest znacznie dalej, niż wydawało się jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy powstawała Autonomia Palestyńska.
Co prawda minister obrony Ehud Barak zapowiedział ostatnio, że Izrael jest gotów oddać Palestyńczykom arabskie dzielnice we wschodniej Jerozolimie, ale takie słowa dotąd nie przeszły przez gardło Netanjahu. Ten powtarza, że Jerozolima pozostanie po wieki wieków niepodzielną stolicą Izraela.
Netanjahu i Barak nie zgadzają się też, by niepodległa Palestyna miała swoją armię. Zdaniem Palestyńczyków bez armii nie ma niepodległości.
Dla Obamy pokój Izraela z Palestyńczykami jest być może najważniejszym fragmentem układanki na całym Bliskim Wschodzie, którą chciałby on ostatecznie rozwikłać, by móc skupić się na walce z kryzysem gospodarczym. Problem palestyński napędza bowiem wrogość Arabów do świata zachodniego, szczególnie zaś Ameryki.
Nie mniej ważne są też Irak, Afganistan i mający atomowe ambicje Iran - i we wszystkich tych sprawach
USA przeszły ostatnio do ofensywy. W swoim wtorkowym orędziu Obama ogłosił zakończenie działań wojennych w Iraku, gdzie pod bronią jest już prawie milion irackich żołnierzy, policjantów i akceptowanych przez państwo uzbrojonych milicji sunnickich czy kurdyjskich.
Podobny scenariusz Obama przewiduje dla Afganistanu, skąd chce rozpocząć wycofywanie się już w lipcu 2011 r. - Szybkość naszego wycofywania będzie zależeć od sytuacji, ale zacznie się ono na pewno, bo bezterminowa wojna nie leży ani w interesie Ameryki, ani Afgańczyków - zapowiedział prezydent USA. - Podobnie jak w Iraku, nie możemy robić za Afgańczyków tego, co mogą zrobić tylko oni sami. Dlatego szkolimy afgańskie siły zbrojne i pomagamy im rozwiązywać polityczne problemy.
Obama ma też nowy pomysł na Iran, który uparcie nie wstrzymuje programu atomowego. Sankcje ONZ nie przynoszą żadnego rezultatu, dlatego Amerykanie wymusili w ostatnich miesiącach na największych światowych koncernach, by wstrzymały dostawy benzyny do Iranu. Postawiono je przed wyborem: albo handlujecie z Iranem, albo z USA. Iran, choć ma ogromne zasoby ropy, nie ma dość rafinerii, by przetwarzać ją na benzynę i
import zaspokaja 40 proc. jego zapotrzebowania na paliwo. I dopiero te sankcje są naprawdę dotkliwe.