- Moja krucjata, by stolica stała się największym rowerowym miastem świata, ma za sobą pierwszy skok i to napędzany pedałami - obwieścił wczoraj słynący nie tylko z dziwacznego języka konserwatywny burmistrz Londynu Boris Johnson. O 8 rano chyba jako pierwszy odpiął rower z jednaj z stacji postojowych rozrzuconych po centralnym Londynie i ruszył na dziewiczą przejażdżkę.
Jednak to, że najdroższe dla właścicieli samochodów miasto Europy stawia
na rowery, nie jest już dziwactwem burmistrza, ale inwestycją w ekologiczny transport. Podobnie jak premier David Cameron, Johnson jest gorącym zwolennikiem walki ze zmianami klimatu, które powodują także samochodowe spaliny. Poza tym burmistrz pozazdrościł Paryżowi wielkiego sukcesu rozpoczętego tam trzy lata temu rowerowego programu Velib. Finansowana przez merostwo inicjatywa zaczynała z 7,5 tys. rowerów w 750 stacjach, a teraz dysponuje ponad 19 tys. bicykli w 1,2 tys. stacji.
W odróżnieniu od paryskiego Velib londyński program jest publiczno-bankowy, bo 25 mln funtów wyłożył nań znany bank Barclays. Dlatego też nazywa się Barclays Cycle Hire, ale media ochrzciły go od razu od imienia burmistrza - "rowerami Borysa". Wczoraj na Londyńczyków czekało 5 tys. z zapowiadanych 6 tys. specjalnych rowerów w 300 z mających działać niebawem 400 stacji postojowych leżących w centrum Londynu. Już pierwszego dnia program mimo wielu niedociągnięć cieszył się ogromnym wzięciem.
Przez pierwszy miesiąc z "rowerów Borysa" będzie mogło korzystać tylko ok. 12 tys. mieszkańców, którzy zapisali się do programu i za trzy funty wykupili specjalny elektroniczny kluczyk. Potem Barclays Cycle Hire zostanie rozszerzony na wszystkich. Członkostwo w rowerowym programie kosztuje od 1 funta za dzień po 45 funtów za rok. Pierwsze pół godziny jest za darmo, za każde następne 30 min płaci się po funcie.
- To Rolls Royce wśród rowerów. Nie mówię, że można na nim wygrać
Tour de France, ale to naprawdę piękna maszyna - rozmarzał się nad srebrnym, "programowym" bicyklem Johnson. Dwuślad ma przerzutki, solidną ramę, specjalny kosz, waży 23 kg i kosztuje ok. 900 funtów.
Władze Londynu liczą, że program chwyci, a rowerów i stacji będzie przybywać. - W 1904 aż 20 proc. miejskich podróży w Londynie dokonywanych było na rowerze. Chciałbym, aby ten odsetek wrócił. Panie i panowie, jeśli nie da się cofnąć wskazówek zegara do 1904, to jaki sens być konserwatystą? - żartował burmistrz.
Niezależnie od "konserwatywnych" żartów Johnsona londyńskiemu programowi z uwagą przygląda się wiele innych brytyjskich miast. Część z nich - jak Blackpool, Cardiff czy Reading - ma już swe własne sieci rowerów publiczne. Inne zaś - jak Liverpool, Edynburg, Newcastle czy Birmingham - planują uruchomienie bliźniaczych programów i sukces Londynu może sprawy przyspieszyć.