Islandia rozpoczęła wczoraj w Brukseli negocjacje o wejściu do Unii. Za dwa-trzy lata ma szansę stać się jej 29. członkiem, biorąc pod uwagę to, że przed nią zapewne do Unii jako członek nr 28 wejdzie Chorwacja.
Jednak rokowania to tylko przedsmak prawdziwych kłopotów Islandii na drodze do Europy. Eksperci są zgodni - islandzkie negocjacje nie będą trwały długo. - W 94 proc. pójdą szybko, w sześciu pozostałych procentach mogą być problemy - mówi Piotr Maciej Kaczyński, ekspert brukselskiego Centre for European Policy Studies.
Należąc do Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej islandzki rynek jest już właściwie zintegrowany z Unią. Islandia, według różnych szacunków, już przyjęła 70-80 proc. unijnego prawa, w tym te najtrudniejsze i zazwyczaj sprawiające najwięcej kłopotów w negocjacjach prawo konkurencji i ochrony środowiska.
Wśród owych sześciu kłopotliwych procent znajduje się sprawa otwarcia islandzkich łowisk dla rybaków z krajów UE. Jedna czwarta islandzkiego eksportu to ryby i owoce morza. Islandzcy rybacy boją się konkurencji z UE, a strach przed przyjęciem wspólnej polityki rybackiej UE był przez długie lata głównym powodem, dla którego Reykjavik pozostawał poza Unią.
Kompromisowe rozwiązanie jest oczywiście możliwe. Zdaniem Kaczyńskiego Islandia mogłaby powołać się na precedensy z poprzednich rozszerzeń i wynegocjować długi okres przejściowy poprzedzający otwarcie łowisk, tak jak Polska wynegocjowała odsunięcie o kilkanaście lat na otwarcia rynku ziemi dla cudzoziemców.
Największym problemem, choć niedotyczącym bezpośrednio unijnego prawa, jest kwestia rekompensat bankowych dla rządów Holandii i Wlk. Brytanii. Gdy jesienią 2008 r. dotknięta przez kryzys finansowy islandzka gospodarka posypała się jak domek z kart, zbankrutowały największe wyspiarskie banki. Tysiące ich klientów za granicą zostało na lodzie.
W Wlk. Brytanii i Holandii internetowy bank islandzki Icesave miał około 320 tys. klientów, których kusił wysokim oprocentowaniem depozytów. Po jego upadku oszczędności swoich obywateli - w sumie około 3,8 mld euro - musiały zagwarantować rządy Wlk. Brytanii i Holandii; zwróciły im lokaty, sięgając do własnych budżetów.
Teraz oba kraje domagają się od Islandii spłaty długów i stawiają to nieoficjalnie jako warunek zamknięcia negocjacji. Islandzki parlament przyjął co prawda ustawę regulującą spłatę depozytów Icesave, problem jednak w tym, że Islandczycy odrzucili takie rozwiązanie w referendum. Powód był prosty - spłata zobowiązań wobec Londynu i Hagi kosztowałaby każdą islandzką rodzinę 45 tys. euro.
Choć rząd premier Jóhanny Sigur?ardóttir zapewnia, że długi spłaci, ale ma związane ręce decyzją referendalną. Jeśli pójdzie na zbytnie ustępstwa, to Islandczycy w referendum powiedzą Unii "nie". A jeśli nie będzie elastyczny, to Brytyjczycy i Holendrzy zablokują negocjacje.
Ostatni
sondaż opinii publicznej z początku lipca jest dla rządu miażdżący. 60 proc. Islandczyków opowiedziało się w nim przeciw wejściu do UE, a tylko 26 proc. było za. Z partii tylko rządzący socjaldemokratyczny Sojusz jest za członkostwem w UE. Opozycyjna Partia Niepodległości domaga się wycofania wniosku o wejście do UE, a sceptycyzm rośnie także w szeregach koalicyjnego partnera Sojuszu - Ruchu Zielonych Lewicy.