O związki z byłymi nazistami BND oskarżano od lat, zarzut ten był np. stale obecny w propagandzie PRL. Ale rząd zachodnich Niemiec nigdy się do tego nie przyznał.
Jak pisze wczorajszy "Frankfurter Allgemeine Zeitung", w latach 60. w BND działało 146 pracowników dawnego nazistowskiego aparatu terroru: Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Służby Bezpieczeństwa, gestapo i Tajnej Żandarmerii Polowej.
Dziennikarz "FAZ" Peter Carstens opisał dokumenty zgromadzone w Centrali Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu. Uzyskał tam wgląd do listy podejrzewanych o zbrodnie pracowników BND, którą prokuratorzy w Ludwigsburgu dostali z Jednostki 85, czyli specjalnej komórki BND zajmującej się przeszłością pracowników wywiadu.
Jednostka powstała w 1961 r. na polecenie szefa BND Reinharda Gehlena kierującego podczas II wojny światowej wywiadem Wehrmachtu na Wschodzie. W 1945 r. Gehlen poddał się Amerykanom i zaoferował im współpracę oraz swoich szpiegów.
Kilka miesięcy przed utworzeniem Jednostki 85 w szeregach BND zdemaskowano szpiegów radzieckiego KGB: Heinza Felfego i Hansa Clementa, którzy odpowiadali za kontrwywiad. Podczas wojny byli oficerami SS, a Clement w 1944 r. brał udział w egzekucjach włoskich cywilów. Podczas procesu Felfego i Clementa, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz ZSRR, została ujawniona ich przeszłość.
Aby uniknąć następnych tego typu skandali, Gehlen polecił prześwietlić BND. Na czele Jednostki 85 postawił młodego, zaledwie 30-letniego Hansa-Henninga Cromego, który z racji wieku nie brał udziału w wojnie. Wśród 2450 pracowników wywiadu Crome i jego podwładni wytropili 146 ludzi służących podczas wojny w SS.
W BND dawnych nazistów zatrudniano bez większych oporów, bo trwała zimna wojna i potrzebni byli fachowcy. Przyjęto więc np. Georga K., pochodzącego z Pomorza byłego oficera gestapo. We wrześniu 1939 r. był on w Einsatzkommando IV/2, czyli w jednym z oddziałów morderców, które szły za Wehrmachtem i mordowały Polaków według sporządzonych wcześniej list. Georg K. brał m.in. udział w egzekucjach w Palmirach pod Warszawą, gdzie w czerwcu 1940 r. zamordowano 2 tys. Polaków, m.in. byłego marszałka Sejmu Macieja Rataja.
Wielu pracujących w BND byłych SS-manów ukrywało przeszłość, np. Kurt W., gestapowiec z Koblencji, zapewniał, że w Chorwacji zajmował się odprawą paszportową na lotnisku. W rzeczywistości był w obozie koncentracyjnym, w którym zgładzono tysiące Żydów.
Crome nie badał życiorysów dawnych żołnierzy Wehrmachtu i Waffen-SS - Gehlen najwyraźniej nie chciał, by robiono im krzywdę. Zapewne więc w BND było o wiele więcej zbrodniarzy, bo niemiecka armia również brała udział w ludobójstwie.
Crome udostępnił śledczym z Ludwigsburga wyniki swoich dochodzeń, dzięki czemu po prawie pół wieku ujrzały one światło dzienne. W 1965 r. jego raport (który natychmiast został utajniony) poznało kierownictwo BND.
W efekcie z BND po cichu wyrzucono wówczas 70 byłych SS-manów co do których nie było żadnych wątpliwości, że mają krew na rękach. Choć ich zbrodnie były dobrze udokumentowane, procesy wytoczono nielicznym, a sprawy przeważnie kończyły się umorzeniem.
Od 1965 r. w BND do nazistowskich korzeni służby już nie wracano. Akta byłych SS-manów pozostaną tajne przez najbliższe kilkanaście lat.