We wtorek o świcie czasu polskiego ma minąć termin ultimatum, który zwolennicy obalonego premiera Thaksina Shinawatry postawili obecnemu premierowi Abhisitowi Vejjajivie. Ma on do tego czasu rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory.
Organizatorzy protestów ze Zjednoczonego Frontu na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze, którzy ściągnęli do stolicy 100 tys. demonstrantów, mają nadzieję, że każdy z nich odda co najmniej 10 cm sześc. krwi.
Do tej pory antyrządowe demonstracje, które zaczęły się w niedzielę, miały spokojny przebieg. W poniedziałek nieznani sprawcy ostrzelali jednak z granatnika koszary w Bangkoku - rannych zostało dwóch żołnierzy. Do ostrzału doszło wkrótce po tym, jak premier wystąpił w telewizji, by odrzucić ultimatum.
Abhisit Vejjajiva przemawiał z koszar, w których schronił się w weekend. Przemawiając w telewizji, oświadczył, że nie jest to odpowiednia pora na organizowanie wyborów. - Zostaną one rozpisane dopiero wtedy, gdy w kraju zapanuje rzeczywisty spokój - oznajmił premier.
Zdaniem analityków przyspieszone wybory bez trudu wygraliby zwolennicy Thaksina. Demonstranci zarzucają obecnemu premierowi, że został bezprawnie wyniesiony do władzy w 2008 r. Jego partia wygrała wówczas wybory, ale kraj ogarnęła fala protestów, a sam Thaksin został zmuszony do szukania azylu poza krajem.
Dwa lata temu były premier został skazany zaocznie na dwa lata więzienia za nadużycie władzy. To mu jednak nie przeszkodziło przemawiać wczoraj z ekranu
wideo do tłumów zwolenników. Thaksin wezwał do kontynuowania metodami pokojowymi walki z tammart, czyli rządzącymi elitami.
Od czterech lat Tajlandia jest podzielona na zwolenników i wrogów Thaksina. Jest on wciąż popularny wśród biedniejszych Tajów, jednak zwalczają go ostro armia i elity wielkomiejskie.