Do tej pory działo się tak tylko w jednym z 26 szwajcarskich kantonów - w Zurichu. W 1992 roku weszło tam w życie prawo zobowiązujące władze o utrzymania prawnika, zajmującego się przypadkami bestialstwa wobec zwierząt. W 2007 roku urząd ten objął Antoine Goetschel, prawnik i miłośnik zwierząt. To właśnie on stał się twarzą i mózgiem ostatniej kampanii.
Zgodnie ze szwajcarskim modelem demokracji bezpośredniej jeśli obywatele chcą zmienić jakiś przepis konstytucji, wystarczy, że zbiorą 100 tys. podpisów, sprawa zostanie poddana pod głosowanie a o wyniku referendum decyduje zwykła większość. Tak było też tym razem. Pod wnioskiem o referendum w sprawie zwierzęcych prawników podpisy złożyło ponad 100 tys. Szwajcarów. Ogłoszone w niedzielę po południu prognozy wyniku głosowania wskazywały, że 71 proc. Szwajcarów powiedziała "nie".
Głosowanie odbyło się nieco trzy miesiące po kontrowersyjnym referendum, w którym mieszkańcy tego bogatego alpejskiego kraju zakazali wznoszenia minaretów przy meczetach. Sprawa zwierzęcych prawników podzieliła kraj politycznie i demograficznie. Zieloni i socjaliści byli za. Przeciw opowiadała się populistyczna, prawicowa Szwajcarska Partia Ludowa. Większe kantony i duże miasta sympatyzowały z obrońcami praw zwierząt. Z kolei mniejsze kantony i mieszkańcy wsi miały dużo więcej wątpliwości.
Rząd wzywał obywateli, by głosowali przeciw, argumentując, iż Szwajcaria i bez zwierzęcych prawników ma najlepsze prawo ochrony zwierząt w Europie, nie ma więc potrzeby obciążać kasy państwa dodatkowymi kosztami. Największy opór stawiało wpływowe w Szwajcarii lobby rolne, obawiając się, że prawo uderzy najbardziej w rolników.
Szwajcaria słynie z rozbudowanego ustawodawstwa w sprawie ochrony praw zwierząt. Teoretycznie przestępstwem jest już tam pozbycie się rybki z akwarium poprzez wyrzucenie jej żywej do muszli klozetowej (zgodnie z prawem powinna być najpierw uśmiercona). Od 2008 roku nie wolno trzymać samotnie zwierząt lubiących żyć w grupach takich jak chomiki, świnki morskie,
złote rybki, kanarki. A kozy i owce powinny być hodowane w ten sposób, aby utrzymywały przynajmniej kontakt wzrokowy z innym przedstawicielami swego gatunku.
Według Antoine'a Goetschela opłacani z państwowej kasy prawnicy reprezentujący interesy zwierząt "to nie tylko mądry, ale i wizjonerski" instrument prawa. Bo nawet najbardziej restrykcyjne prawo pozostaje tylko pustym zapisem, jeśli trudno je egzekwować. A tak dzieje się właśnie Szwajcarii. O ile w Zurichu, gdzie zwierzęta mają swą reprezentację w sądzie od 18 lat, na wokandzie staje co roku 190 przypadków o złamanie prawa dotyczącego ochrony zwierząt, to w innych kantonach zdarza się jeden albo dwa razy w roku.
Goetschel zaprzeczał jakoby projekt rozszerzenia prawa obowiązującego w Zurichu na całą Szwajcarię był kosztownym kaprysem bogatego społeczeństwa. - Nie chodzi o to, by piesek Paris Hilton miał prawnika do obrony swych interesów - mówi agencji AFP. - Chodzi o to, by chronić zwierzęta przed tymi, którzy powinni się nimi opiekować, czyli ludźmi - tłumaczył
- Prawo nie jest przestrzegane z surowością na jakie zasługuje - tłumaczy Samulel Debrot, obrońca praw zwierząt z kantonu Vaud w zachodniej Szwajcarii. - Kary są zbyt łagodne by odstraszyć recydywistów a apelacje od niekorzystnych wyroków niezwykle rzadkie - dodaje. Goetschel, który obecnie zajmuje się 50 różnymi przypadkami przestępstw wobec zwierząt (w tym sprawą konia, którego uśmiercono 30 pchnięciami noża) przekonuje, że nie jest zbyt wielkim obciążeniem dla kasy Zurichu. W zeszłym roku władze lokalne za usługi prawnicze wobec zwierząt zapłaciły jemu i asystentowi w sumie 78 tys. franków szwajcarskich (207 tys. zł) czyli mniej ile rocznie bierze prawnik zajmujący się sprawami ludzi.