Kogo wybraliśmy? Mniejsze zło - mówili najczęściej ludzie wychodzący z lokalu wyborczego w Petrywcach, małym miasteczku 15 km od Kijowa. Wygląda ono zupełnie zwyczajnie i smętnie jak większość ukraińskich miasteczek, ale teraz będzie wyjątkowe. Mieszka w nim bowiem nowy - jeśli wierzyć wstępnym, podanym wczoraj w nocy, wynikom wyborów - prezydent Ukrainy.
Wiktor Janukowycz od lat żyje w willi, którą w czasach ZSRR zamieszkiwali sekretarze partii z Kijowa. Kiedy był premierem, państwo oddało mu na 50 lat w dzierżawę 137 ha pięknej, wartej grube miliony posiadłości ze sztucznym jeziorem i lasami. Rząd Tymoszenko próbował jeszcze niedawno podważyć tamtą decyzję, ale sądy niedawno uznały, że jest ona ważna i nieodwołalna.
Posiadłość nowego prezydenta, który w kampanii zapowiadał że "najlepiej rozumie zwykłych ludzi i wysłucha wszystkich", oddziela od miasta wysoki mur. Mimo kilkugodzinnych intensywnych poszukiwań nie udało mi się w niedzielę znaleźć w Petrywcach nikogo, kto widziałby Janukowycza na własne oczy.
- Tylko rano i wieczorem oglądam jak frunie tędy konwój jego aut - mówi jeden z jego sąsiadów, mieszkający przy ślepej ulicy prowadzącej do bramy posiadłości. - Jeżdżą po 150 km na godzinę, cud, że jeszcze nikogo nie zabili.
Janukowycza nie widziano także w najbliższym sklepie, choć jego ochroniarze czasem robią tam zakupy. - Co on, albo inni politycy, wiedzą o życiu na Ukrainie? - mówi jeden z klientów. - Oglądają kraj tylko przez przyciemnione szyby swoich limuzyn...
Janukowycza nie widziały również bazarowe przekupki. Niektóre sugerują, że można go pooglądać przez lornetkę, kiedy pływa jachtem po swoim jeziorze. Radzą mi jednak, żebym nie szukał jeziora, tylko zabierał się z miasta póki jeszcze widno. - Młodzież u nas agresywna, lubi wypić, dać sobie w żyłę albo coś ukraść - mówią.
Ktoś przypomina sobie, że Janukowycz był kiedyś w tutejszej cerkwi, przed którą stoi ogromny, obrzydliwy socrealistyczny pomnik Bohaterów Wojny Ojczyźnianej. Żona popa (męża akurat nie było w domu) mówi mi, że mogło tak być. Ale na własne oczy nie widziała.
Janukowycza nie widziano również w lokalu wyborczym w szkole, gdzie zgodnie ze swoim zameldowaniem powinien głosować (głosował w Kijowie). Trzy tygodnie temu w pierwszej turze zdobył tu 224 głosy, a premier Julię Tymoszenko - 648. - Kiedy był premierem, na czas jego przejazdów blokowali całą szosę do Kijowa - tak miejscowi wyjaśniają sekret niepopularności sąsiada. - Teraz już w ogóle rano nie dojedziemy do stolicy, no chyba, że zacznie latać helikopterem...
- Nie tylko Janukowycz, ale wszyscy nasi politycy są kompletnie oderwani od rzeczywistości - mówi "Gazecie" Anatolij Bondarenko, redaktor portalu Zaua.org. - Ale i tak jest dużo lepiej niż w czasach prezydenta Leonida Kuczmy pod koniec lat 90. Janukowycz jest jaki jest, ale nie ma go co demonizować. Ani nie będzie tak kradł jak Kuczma i jego ekipa, ani nie będzie takim jak Kuczma uzurpatorem.
Nie potwierdziły się obawy, że wybory zostaną przez Janukowycza sfałszowane, choć przez całą niedzielę sztab premier Julii Tymoszenko informował o naruszeniach reguł wyborczych. Najwięcej było ich rzekomo na wschodzie Ukrainy, gdzie Janukowycz był gubernatorem i mieszkał przez większość życia, zanim, popierany przez tamtejszych potężnych oligarchów, wszedł do pierwszej ligi ukraińskiej polityki przeprowadził się do Petrywców. W okręgu przemysłowym Donbasu wciąż uważają go za swojego, za człowieka, który nie pozwoli zginąć ziomkom i zadba o interesy tamtejszych oligarchów.
Podobno w Dniepropietrowsku wyborcy sprzedali pół miliona głosów. Podobno członkowie komisji wyborczych desygnowani przez Tymoszenko na wschodzie Ukrainy byli szykanowani - grożono im np. wyrzuceniem z pracy. Podobno w autobusach, którymi lokalne władze w Donbasie dowoziły wyborców do lokali, prowadzono agitację za Janukowyczem.
To wszystko oskarżenia, na które brak dowodów. O fałszerstwa byłoby niezwykle trudno, bo obie strony niezwykle dokładnie patrzyły sobie wczoraj na ręce. W niektórych lokalach wyborczych było mnóstwo studentów i emerytów, którzy dostali lipne akredytacje z egzotycznych lokalnych gazet, jak np. "Głos budowniczego" czy "Konstruktor maszyn". Mieli patrzeć na ręce komisjom wyborczym i nawet specjalnie tego nie ukrywali. Pytani kogo reprezentują, bezwiednie przyznawali, że Janukowycza albo Tymoszenko.