53-letni Arno Dübel z Hamburga jest najsławniejszym bezrobotnym w Niemczech. - Mam iść do pracy? Przecież mnie utrzymuje państwo - mówił dziennikarzom telewizji RTL.
Dübel pracy nie ma od 30 lat i wcale nie zamierza jej szukać. Wolny czas spędza głównie na oglądaniu telewizji. RTL filmowała go, jak na polecenie siostry próbował sił jako cieśla i pracownik warsztatu samochodowego. - To za ciężka praca - mówił i rezygnował po jednej dniówce.
Dwa tygodnie temu Dübel wystąpił w popularnym telewizyjnym talk-show Sandry Maischberger. Jeden z zaproszonych gości, trener z urzędu pracy, wyjaśniał, jak motywować bezrobotnych, by szukali sobie zajęcia. Dübel go wyśmiał: - To żałosne. Ja jestem bezrobotny i jest mi z tym dobrze!
Dübel dorobił się nawet swojego fanklubu. Dla niemieckich polityków jest chodzącym dowodem, że system socjalny nie funkcjonuje. Część twierdzi jednak, że państwo jest wobec rzeszy 3,6 mln bezrobotnych zbyt pobłażliwe.
Niemiecki bezrobotny przez rok po utracie pracy dostaje 70 proc. ostatniej pensji. Później, jeśli nie znajdzie sobie pracy, państwo wypłaca mu miesięcznie 359 euro. To tzw. zasiłek Hartz IV. Do tego dochodzą państwowe dopłaty do czynszu i zasiłki na wychowanie dzieci. Dzięki temu para bezrobotnych z dwójką dzieci jest w stanie żyć na takim poziomie jak rodzina niewykwalifikowanego robotnika, który osiem godzin dziennie pracuje na budowie.
Tyle że w Niemczech państwo nie może zmusić bezrobotnego, by poszedł do pracy. Zasiłku (w przeciwieństwie np. do Polski) nie może mu też odebrać, chyba że małżonek zarabia na tyle dobrze, by utrzymać bezrobotnego. Dübel, który sam jest niewykwalifikowanym robotnikiem, latami dostawał z urzędu kolejne oferty. Odrzucił wszystkie.
- Bezrobocie nie może być sposobem na wygodne życie. Trzeba wprowadzić dla bezrobotnych obowiązek pracy, chociażby przy robotach publicznych. Szczególnie, że wśród nich są ludzie, którzy wykorzystują system - mówił w styczniu premier Hesji Roland Koch. W Niemczech wybuchła wtedy awantura, a do biura Kocha ktoś przysłał atrapę bomby.
Politycy lewicy uznali, że zmuszanie bezrobotnych do pracy jest "nieludzkie". Na Kochu suchej nitki nie zostawiła nawet jego partyjna chadecka koleżanka, minister pracy Ursula von der Leyen. - Bezrobotnych nie można obrażać, trzeba im pomagać - oświadczyła.
Ale jak pomagać, skoro coraz więcej bezrobotnych Niemców próbuje oszukać państwo? Federalny Urząd Pracy podał wczoraj, że tylko w 2009 r. zanotował 165 tys. przypadków wyłudzania zasiłków. To znaczy, że na stu bezrobotnych czterech oszukiwało. Z systemu wyciekło 72 mln euro. W dobie kryzysu i potwornego zadłużenia Niemiec to suma niebagatelna.
Prasa opisuje kolejne metody oszustw. Kontrolerzy w setkach mieszkań, w których oficjalnie mieszkają samotne bezrobotne, odkrywają ich pracujących mężów lub partnerów. Dzięki fikcyjnym rozwodom wiele par wyłudza np. dopłaty do czynszu. Zdarza się, że bezrobotne dzieci mieszkające u rodziców spisują z nimi umowę najmu, a urząd pracy zwraca im za czynsz. W Kolonii inspektorzy odkryli, że kobieta podająca się za bezrobotną mieszka w
luksusowym domu, a jej mąż zarabia bardzo dobre pieniądze. Urząd co miesiąc przesyłał jej zasiłek.
Urzędy mogłyby od razu wyłapywać oszustów, ale są tak zawalone wnioskami o zasiłki, że nie są w stanie sprawdzać wszystkich chętnych. Liczba oszustw stale rośnie. Rok temu było ich o 2 proc. więcej niż w 2008 r.
Według badań z 2003 r., gdy liczba bezrobotnych w Niemczech dobijała do 5 mln, co piąty podopieczny urzędu pracy był zainteresowany wyłącznie wypłatą zasiłku. Niewiele się od tej pory zmieniło. - Na 380 tys. prób dodzwonienia się do bezrobotnego z ofertą pracy udało nam się skontaktować ze 170 tys. osób. Nie wierzę, że pozostali byli w tym czasie na szkoleniach - mówił ostatnio jeden z dyrektorów Federalnej Agencji Pracy.
Niemieccy politycy nie zamierzają wprowadzać do systemu zmian. Boją się, że kolejne restrykcje czy obniżenie zasiłku wywoła wściekłość wyborców. Socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder w 2002 r. przeforsował drastyczną redukcję świadczeń i wprowadził Hartz IV, za co trzy lata później zapłacił posadą. Jedyne, co proponuje obecna minister pracy, to zmiana nazwy zasiłku. - Chcemy, by budząca fatalne skojarzenia nazwa Hartz IV zniknęła - mówi Ursula von der Leyen.
Dla Arno Dübela niewiele się zmieni. Jak podał wczoraj "Bild", urząd pracy zmusił go do nauki w szkole zawodowej, gdzie uczy się m.in. odkurzania i prasowania. Dübel zapowiada jednak, że długo w szkole miejsca nie zagrzeje.