Szwecja słynie z polityki równouprawnienia. Dzięki niej odsetek pracujących kobiet jest tam najwyższy na świecie i wynosi 79 proc. Ale okazało się, że parytet płci wprowadzony przez wyższe uczelnie pięć lat temu zamiast pomagać kandydatkom na
studia, dyskryminował je.
W październiku 31 niedoszłych studentek psychologii pozwało do sądu
uniwersytet w Lund, ponieważ miejsca, które należały im się za wyniki w nauce, zajęli gorzej wykształceni mężczyźni.
Uniwersytet musiał ich przyjąć, żeby liczba studentów i studentek była taka sama.
Podobne anomalie zdarzają się na innych sfeminizowanych kierunkach, jak medycyna, stomatologia czy weterynaria. W zeszłym roku spośród wszystkich odrzuconych ze względu na płeć kandydatów na studia aż 95 proc. stanowiły kobiety.
Studentki z Lund nie były pierwszymi, które dochodziły swych praw. W marcu sąd w Uppsali orzekł, że tamtejsza uczelnia rolnicza dopuściła się dyskryminacji wobec 44 kobiet, przyjmując na wydział weterynarii w ich miejsce mężczyzn.
Wyrok był precedensowy, bo odrzucone kobiety miały te same kwalifikacje, by studiować, co przyjęci mężczyźni. Teoretycznie wszystko było zgodne z prawem - w ramach polityki wyrównywania liczby studentów obu płci można bowiem preferencyjnie traktować przedstawicieli jednej z nich. Mimo to sąd w Uppsali przyznał kobietom nie tylko rację, ale i zasądził na ich korzyść odszkodowania po 35 tys. koron (ponad 14 tys. zł).
Minister Krantz swoje plany odejścia od parytetu płci ogłosił wczoraj na łamach dziennika "Dagens Nyheter". "Obowiązujące obecnie przepisy okazały się bardzo niesprawiedliwe" - napisał.