Niech turecki ambasador usiądzie niżej

Izrael i Turcja - do niedawna ściśle współpracujący - coraz częściej przerzucają się zniewagami




W poniedziałek izraelskie MSZ ostro skrytykowało ostatni odcinek popularnego tureckiego serialu "Dolina Wilków", bo agenci Mossadu są w nim pokazani jako bezwzględni porywacze dzieci.

Turecki ambasador w Izraelu Ahmet Celikkol natychmiast wylądował na dywaniku w izraelskim MSZ. - Ten program jest zagrożeniem dla stosunków między naszymi krajami - usłyszał od wiceministra Danny'ego Ayalona, który przy okazji postarał się upokorzyć dyplomatę. Nie dość, że kazał mu czekać w korytarzu, kiedy z sali wynoszono turecką flagę i przekąski, to jeszcze szczegółowo wyliczył dziennikarzom zniewagi: - Zauważcie, że siedzi niżej niż ja, na biurku nie ma tureckiej flagi, nie uśmiechamy się - wyliczał.

Tego samego dnia premier Turcji Recep Tayyip Erdogan ostro skrytykował Izraelczyków za weekendowy nalot na Strefę Gazy, w którym zginęło trzech bojowników radykalnego Islamskiego Dżihadu. - Jaką tym razem znajdą wymówkę? Nie potrzebują żadnej, mówią po prostu: mamy władzę - mówił premier. - Nie dość, że Izrael używa wobec Palestyńczyków nieproporcjonalnej siły, to jeszcze ignoruje rezolucje ONZ! Przecież takie podejście zagraża pokojowi na świecie! Na odpowiedź nie musiał długo czekać. - Turcja jest ostatnim państwem, które mogłoby nam prawić morały - brzmiało wtorkowe oświadczenie izraelskiego MSZ. - Uwagi Erdogana idealnie wpasowują się w antyizraelskie nastroje, które narastają w Turcji od roku.

Chociaż tureckie MSZ natychmiast odparowało, że "sugestie, jakoby w Turcji narastał antysemityzm, są bezpodstawne, a krytyka premiera dotyczyła wyłącznie izraelskiej polityki w Strefie Gazy", Erdogan w ciągu ostatniego roku zaliczył niejedną antyizraelską wypowiedź.

Zaczęło się od wystąpienia w sprawie styczniowej ofensywy Izraela przeciw Hamasowi w Gazie. - Ta wojna to ciemna karta w historii ludzkości - obwieścił turecki premier, po czym zapowiedział, że "Allah prędzej czy później ukarze Izrael!", i zażądał wykluczenia go z ONZ.

Jeszcze w tym samym miesiącu na forum ekonomicznym w Davos obraził izraelskiego prezydenta Szymona Peresa. - Jeśli chodzi o zabijanie, doskonale wiecie, jak to się robi! - stwierdził, zanim ostentacyjnie wyszedł ze spotkania.

Takie uwagi dziwią w ustach premiera Turcji, która należy do NATO, stara się o członkostwo w Unii Europejskiej i jest najbardziej prozachodnim krajem muzułmańskim. Także ostatnie pyskówki z Izraelczykami mogą popsuć wizerunek Ankary jako pośrednika między światem zachodnim a Bliskim Wschodem.

Sytuacja Turcji rzeczywiście jest wyjątkowa. Będąc sojusznikiem USA, świetnie dogaduje się z Iranem, a współpracując z Izraelem, jednocześnie przyjmuje u siebie szefów Hamasu uważanego na Zachodzie za organizację terrorystyczną. Sami tureccy politycy chętnie podkreślają tę wyjątkowość jako argument za przyjęciem Ankary do UE.

W dodatku polityczne napięcia już mocno odbiły się na współpracy gospodarczej między obydwoma krajami. Izraelskie firmy sprzedały Turkom w zeszłym roku o 40 proc. mniej towarów, a izraelscy turyści zbojkotowali turecką Riwierę.

Tym razem rząd Izraela, który po zeszłorocznych wypowiedziach Erdogana zachował zimną krew i ograniczył się do wysyłania do tureckiej ambasady rutynowych protestów, najwyraźniej ma dosyć wyskoków tureckiego premiera.

Tymczasem po poniedziałkowym incydencie Turcja zażądała wczoraj przeprosin i wezwała ambasadora Izraela w Ankarze, aby zaprotestować przeciwko zachowaniu Ayalona.

Izraelskiego ministra obrony Ehuda Baraka, który w najbliższy weekend jedzie do Ankary, czeka niełatwe zadanie załagodzenia napięć.