Pjongjang chce pokoju

Maria Kruczkowska
11.01.2010 , aktualizacja: 11.01.2010 19:06
A A A Drukuj
Korea Północna, najbardziej zmilitaryzowany kraj świata, wezwała Koreę Południową, by ta podpisała z nią szybko układ pokojowy - poinformowała wczoraj reżimowa agencja KCNA
Phenian, stolica Korei Północnej, nie należy do metropolii tętniących życiem
Fot. David Guttenfelder AP
Phenian, stolica Korei Północnej, nie należy do metropolii tętniących życiem
Układ pokojowy zastąpiłby obecny rozejm, który obowiązuje na Półwyspie Koreańskim od zakończenia wojny koreańskiej z lat 1950-53. Przedzielony strefą zdemilitaryzowaną półwysep jest formalnie w stanie wojny. Zawieszenia broni pilnuje 1,5 mln żołnierzy rozstawionych po obu stronach najeżonej zasiekami linii granicznej wzdłuż 38. równoleżnika.

- Jeśli między Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną a USA ma zrodzić się zaufanie, sprawą kluczową jest zawarcie traktatu pokojowego kończącego stan wojny, źródło wrogich stosunków - powiedział cytowany przez agencję KCNA rzecznik MSZ. O tym, że taki układ wymagałby jeszcze zgody Chin i USA, dwóch pozostałych sygnatariuszy tamtego rozejmu agencja nie wspomina.

W zamian za pokój Północ gotowa jest wrócić do międzynarodowych rozmów rozbrojeniowych o swym programie atomowym prowadzonych w szóstkę (USA, Chiny, obie Koree, Rosja, Japonia), które przerwała półtora roku temu. Towarzyszyły temu groźby, test jądrowy i seria testów rakietowych.

Układ pokojowy to nowa oferta w grze o przetrwanie, którą komunistyczny reżim prowadzi od lat. Dynastia Kimów szykująca sukcesję, której sygnałem były uroczyste urodziny 28-letniego Kim Jung-una, przyszłego Kima III, rządzi głodującym, odciętym od świata krajem i ma tylko jeden argument negocjacyjny: broń atomową.

Grozi nią, by następnie wymuszać pomoc międzynarodową. Z reguły zaczyna od eskalacji gróźb na skraju wojny, odczekuje i jakiś czas potem zgłasza gotowość powrotu do rozmów rozbrojeniowych za korzyści. Tak też odczytywany jest wczorajszy apel.

Został on wystosowany miesiąc po wizycie w Pjongjangu amerykańskiego wysłannika Stephena Boswortha, który pojechał tam z osobistym listem od prezydenta Baracka Obamy. Ten ostatni proponuje w nim pomoc i normalizację stosunków za powrót do stołu negocjacji. Podobne listy wysyłali poprzednicy Obamy.

68-letni Kim Dzong Il, który mimo wylewu krwi do mózgu w sierpniu 2008 r. wydaje się trzymać kraj silną ręką, czuł się dotąd panem gry. Teraz jednak Waszyngton postąpił inaczej. Poprzednicy Obamy skupiali się na rozbrojeniu nuklearnym i unikali poruszania kwestii praw człowieka uznając, że to cena postępu rozmów. Ponieważ taka polityka nie dała efektów administracja Obamy zmieniła taktykę.

Wiedząc, że sytuacja gospodarcza w Korei Północnej jest rozpaczliwa, że międzynarodowe sankcje pozbawiają reżim części dochodów ze sprzedaży broni i że Kim, od którego wojskowi i góra partyjna oczekują rozdawnictwa dóbr, jest pod ścianą, Waszyngton zaczął mówić o prawach człowieka.

- Do poprawy stosunków może dojść dopiero, gdy Phenian zaprzestanie systematycznego nękania obywateli - oznajmił niedawno Robert King, specjalny wysłannik USA ds. Korei Północnej. - Relacje między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Północna muszą obejmować prawa człowieka - powiedział. O Korei Północnej King mówił, że to jedno z najgorszych miejsc pod względem stanu przestrzegania praw człowieka. - Sytuacja jest tam przerażająca - dodał.

Na podobne zarzuty Korea Północna, która przeprowadza publiczne egzekucje i wysyła prawdziwych czy rzekomych wrogów przywódcy do obozów koncentracyjnych, reaguje, obrażając się i zaprzeczając wszystkiemu.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów