Z 24 kandydatów na ministrów w sobotę parlament zatwierdził tylko siedmiu. - To porażka polityczna prezydenta - przyznał szef misji ONZ w Kabulu Kai Eide.
- Od lata Afganistan nie ma rządu, choć potrzebuje go jak nigdy dotąd. Afganistan wciąż jest w głębokim kryzysie politycznym wywołanym przez sfałszowane wybory prezydenckie - uważa kabulski ekspert od polityki afgańskiej Harun Mir.
Jedynym pocieszeniem dla Zachodu może być to, że wśród zaakceptowanych kandydatów znaleźli się jego ulubieńcy tacy jak minister obrony Abdul Rahim Wardak, minister spraw wewnętrznych Mohammed Hanif Atmar czy minister finansów Hazrat Omar Zachilwal.
Wśród odrzuconych jest natomiast Ismael Chan, bohater wojen partyzanckich przeciwko Armii Radzieckiej z lat 80. i przeciwko talibom z lat 90., niekoronowany władca bogatego Heratu na zachodzie kraju. To właśnie Chan zapewnił latem Karzajowi głosy Heratu w wyborach prezydenckich. Spłatą długu wdzięczności miało być pozostawienie go przez prezydenta na stanowisku ministra ds. wody i energii.
Zgodnie z konstytucją raz odrzucony przez posłów Ismael Chan nie może zostać zgłoszony na to samo stanowisko. Jeśli emir z Heratu uzna odtrącenie za policzek, może przejść do obozu opozycji coraz bardziej wrogo nastawionego do Karzaja i Zachodu.
Rozdzielając posady ministerialne, Karzaj musiał spłacić długi nie tylko wobec lokalnych emirów, ale też zadowolić Zachód, który domagał się, by ich do rządu właśnie nie brać. Powołując rząd, afgański prezydent miał też dowieść, że jego ministrowie będą odtąd kompetentni i uczciwi, odporni na korupcję, która od lat pozostaje afgańską plagą.
Pod koniec stycznia z listą doskonałych ministrów Karzaj miał pojechać do Londynu na wielką konferencję międzynarodową, która ma zadecydować, jak bardzo i jak długo Zachód będzie wspierał władze afgańskie.
Po sobotniej klęsce w parlamencie Karzaj zabierze ze sobą tylko siedmiu pełnoprawnych ministrów. Pozostałe resorty wciąż będą zarządzane przez pozbawionych władzy urzędników aż do czasu, gdy prezydent przygotuje nowych kandydatów, a posłowie zechcą ich zaakceptować.
Na razie posłowie są źle nastawieni wobec prezydenta, któremu zarzucają pychę. Zamiast nowych, kompetentnych ministrów Karzaj przedstawił im do zatwierdzenia postacie w większości zupełnie nieznane i faworytów wierzycieli politycznych, z którymi zgodnie z odwieczną afgańską tradycją zamierzał podzielić się władzą.
W dniu głosowania pewny siebie prezydent nawet nie pofatygował się do parlamentu, by przekonywać posłów, lecz wybrał się w podróż do południowej prowincji Helmand. Jednego z posłów, byłego premiera Ahmada Szaha Ahmadzaja, rozzłościło to tak bardzo, że zażądał, by prezydent złożył urząd.
Są jednak i tacy, którzy uważają, że Karzaj celowo zlekceważył posłów, zgłaszając im marnych kandydatów. - Możnowładcy, którzy poparli Karzaja w wyborach, domagali się od niego spłaty długu w postaci stanowisk ministerialnych - mówi Mohammad Kassin Akbar. - Karzaj się ugiął, ale parlament ich odrzucił. Prezydent może teraz tłumaczyć, że słowa dotrzymał, ale nic więcej nie może zrobić. A wkrótce zgłosi na ministrów takich kandydatów, których wybierze sobie już sam".
Poseł Daud Sultazaj z Ghazni zgadza się z tą opinią i dodaje, że jeśli taki był istotnie plan Karzaja, prezydent dowiódłby, że potrafi być przywódcą skutecznym i przebiegłym.
***
Na 22 maja komisja wyborcza wyznaczyła termin wyborów parlamentarnych w Afganistanie. Wątpliwości co do sensu i możliwości przeprowadzanie wyborów w takim bliskim terminie mają wszyscy zachodni sojusznicy Afganistanu oraz ONZ. Zachód zniechęcony oszustwami podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich nie zamierza płacić za wybory do parlamentu, co których nie ma żadnej pewności, że będą uczciwe. Zachód szykujący się w 2010 r. do generalnej rozprawy z talibami wolałby także uniknąć obowiązku zapewniania bezpieczeństwa podczas wyborów. Afgański prezydent, rząd i parlament upierają się jednak przy wyborach już w maju.