Oddział SWAT i
policyjni negocjatorzy, którzy otoczyli dom 37-letniego Clemmons'a w Seattle, użyli ładunków hukowych, a nawet robota, by wypłoszyć go z domu. W pewnym momencie padły strzały. Jak się później okazało niepotrzebnie. W domu nie było nikogo.
- Z naszych ustaleń wynika, że Clemmons został postrzelony kilkanaście godzin wcześniej w kawiarni, gdzie zabił czterech funkcjonariuszy. Jeden z policjantów zdołał oddać strzał - powiedział Ed Troyer, rzecznik szeryfa w hrabstwie Pierce.
Według rzecznika trudno powiedzieć, czy Clemmons miał jakiś konkretny powód, dla którego strzelał do policjantów. - Najprawdopodobniej zabił ich tylko dlatego, że byli
policjantami - powiedział Troyer.
Do zasadzki na czwórkę funkcjonariuszy doszło wczoraj w Parkland w stanie Waszyngton. Mężczyzna zaatakował w momencie, kiedy policjanci - z laptopami i papierami na stolikach - szykowali się do objęcia swojego dyżuru na komendzie.
Z ustaleń śledczych wynika, że rannemu Clemmons'owi w ucieczce z miejsca zbrodni mogli pomóc " różni ludzie". To oni i ślady krwi doprowadziły śledczych do miejsca, w którym miał się on rzekomo ukrywać, tj. około 35 mil na południe od Seattle. Trwa przeszukiwanie okolicy, ale jak na razie - bez rezultatów.
Clemmons ma bogatą przeszłość kryminalną: pięć wyroków w Arkansas i kilka poważnych przestępstw w stanie Waszyngton. W sumie do odsiadki ma ponad 100 lat więzienia. Od kilku miesięcy przebywał w więzieniu w hrabstwie Pierce skazany za m.in. gwałt na dziecku.
Media amerykańskie zastanawiają się jak mogło dojść do zwolnienia kryminalisty i kto wyłożył 150 tysięcy dolarów kaucji. Z informacji do jakich dotarli dziennikarze wynika, że zwolniony w zeszłym tygodniu Clemmons z własnej kieszenie dołożył tylko 15 tysięcy.