60-letni Nicolaus Brender uchodzi za doskonałego fachowca. Przez dziewięć lat pewną ręką prowadził redakcję ZDF i wyrobił sobie renomę niezłomnego naczelnego, który nie pozwala politykom mieszać się do programu. W tej sprawie Brender postawił nawet kanclerzowi Schröderowi, a ten publicznie go za to rugał.
Wydawało się, że będzie kierować ZDF kolejne dziewięć lat, ale lutym Roland Koch, chadecki premier Hesji, który zasiada też w radzie zarządzającej ZDF, ogłosił, że nie widzi Brendera na dotychczasowym stanowisku. - Przez niego spada oglądalność programów informacyjnych - uzasadniał.
Było jasne, że Kochem powoduje nie troska o oglądalność, lecz polityczny interes, który stał się aktualny szczególnie po wrześniowych wyborach do Bundestagu. Nowy chadecko-liberalny rząd Angeli Merkel walczy z kryzysem, zadłużeniem i szykuje się do ryzykownej operacji obniżenia podatków. W maju przyszłego roku wyborcy w Nadrenii Północnej-Westfalii mają wystawić pierwszą cenzurkę rządzącym i CDU musi te lokalne wybory wygrać. Dlatego Merkel potrzebuje swojego człowieka na czele telewizji, a nie nieugiętego Brendera. Według "Hamburger Abendblatt" to właśnie pani kanclerz kazała Kochowi pozbyć się niewygodnego redaktora.
Koch swą groźbę zamierza spełnić w piątek podczas posiedzenia rady zarządzającej ZDF, na którym dyrektor stacji Markus Schächter ma poprzeć wybór Brendera na drugą kadencję.
W 14-osobowej radzie zarządzającej (w jej skład wchodzą premierzy landów, przedstawiciel rządu federalnego i eksperci delegowani przez radę telewizji) dziewięciu członków to politycy chadecji albo osoby z nią powiązane. To, że Brender mimo dorobku i wyraźnego poparcia szefa ZDF nie dostanie od rady wotum zaufania, do tej pory wydawało się praktycznie przesądzone.
Mimo to Koch nie ma powodów do triumfu. Im bliżej do posiedzenia rady, tym więcej słychać głosów w obronie naczelnego. W ostatnich dniach sprawa Brendera urosła do rozmiaru awantury, ponieważ do tej pory nie zdarzyło się, by polityk podniósł rękę na wolność mediów. Jest też jasne, że apetyt polityków nie ogranicza się wyłącznie do ZDF. Gdy usuną Brendera, zabiorą się za następnych niewygodnych dziennikarzy.
- Brońmy się przed włoskimi obyczajami - apelowali znani niemieccy dziennikarze, przypominając, że w podobny sposób mediami steruje premier Silvio Berlusconi. Kochowi zarzucili, że łamie postanowienia Europejskiej Karty Wolności Prasy, która gwarantuje mediom niezależność. Do protestu przyłączyły się dziennikarskie związki, a także ich koledzy z zagranicy.
- To, że ZDF pada w tak otwarty sposób ofiarą politycznych rozgrywek, jest alarmujące. Przez takie polityczne manipulacje stacja może stracić wiarygodność - oświadczył David Dadge, szef Międzynarodowego Instytutu Prasy we Wiedniu.
Do ludzi mediów dołączyli też konstytucjonaliści. - Wolność mediów to jeden z filarów, na którym stoi nasze demokratyczne państwo. Nie pozwólcie, by państwo wtrącało się do wyboru redaktora naczelnego telewizji - zaapelowało 35 niemieckich autorytetów prawnych do członków rady zarządzającej ZDF.
Kocha potępiają politycy SPD i Zielonych, ale też liberałowie z koalicyjnej FDP. - Radziłabym partiom, by trzymały się od telewizji z dala - oświadczyła Sabine Leutheusser-Schnarrenberger, federalna minister sprawiedliwości z ramienia liberałów.
W piątek okaże się, czy Koch jednak ugiął się pod naciskiem. Wielu obserwatorów niemieckiej sceny politycznej w to wątpi.