Sceptycy przestrzegają jednak, że nazywanie tego wielką lub wręcz narodową pożyczką to tylko sprytny wybieg PR-owski. Nie zmienia to faktu, że Francja, która i tak ma zdecydowanie za duże zadłużenie jak na państwo będące w strefie euro, zadłuży się jeszcze bardziej.
O takiej pożyczce mówił w lecie prezydent Nicolas Sarkozy. W czwartek specjalna komisja kierowana przez byłych premierów Michela Rocarda i Alaina Juppé przekazała rządowi raport, w którym ocenia, że powinna wynieść 35 mld euro. Wskazuje siedem głównych dziedzin, na które powinny zostać wydane pieniądze.
Najwięcej, bo 16 mld euro, miałoby pójść na wsparcie uniwersytetów, m.in. budowę nowoczesnych kampusów. W światowych rankingach francuskie szkoły wyższe są daleko za brytyjskimi, szwajcarskimi o amerykańskich nie mówiąc.
Kolejne cele to budowa miast jutra, czyli m.in. lepsza izolacja termiczna mieszkań socjalnych. W programie "społeczeństwo informacyjne" chodzi m.in. o rozwijanie szerokopasmowego internetu. Z kredytu na modernizację kraju rząd chce też wspierać czystą energię i czyste środki transportu, innowacyjne małe przedsiębiorstwa oraz badania medyczne, biologiczne i rolne.
- Są dwa sposoby, by źle przygotować się na przyszłość. Pierwszy to kumulowanie długów, by sfinansować obecne wydatki. Ale drugi, jeszcze ważniejszy, to nieinwestowanie w sektory, które będą motorami rozwoju - piszą w raporcie byli premierzy.
Raport nie wskazuje, skąd państwo ma wziąć 35 mld euro. Początkowo mówiono o możliwości zaciągnięcia pożyczki u obywateli. Taka pożyczka wymagałaby jednak ogólnopaństwowej kampanii informacyjnej i zaoferowania korzystniejszych warunków, niż dają np. banki. Ostatnio rząd sugeruje raczej, że zdobędzie te pieniądze na rynkach finansowych, ale żeby nie popsuć oceny kredytowej Francji, w ten sposób może pożyczyć jeszcze ok. 20 mld. Reszta miałaby pochodzić z tymczasowej pomocy antykryzysowej udzielonej bankom, którą te będą musiały zwrócić.
Problem w tym, że dług Francji już jest o wiele wyższy niż dopuszczalne w strefie euro 3 proc.
PKB. W tym roku według prognoz Komisji Europejskiej ma wynieść ponad 6 proc. PKB. Z Brukseli już słychać groźne pomruki, gdy mowa o pożyczce.
Jej zwolennicy zwracają natomiast uwagę, że inwestycje są konieczne, a to lepszy sposób ich sfinansowania niż np. podniesienie podatków. Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie rząd.
To nie pierwszy przypadek, gdy władze Francji uciekają się do pożyczki narodowej, by finansować rozwój. Po raz ostatni taką pożyczkę zaciągnął u obywateli w 1993 r. premier Eduard Balladur i jego minister finansów Nicolas Sarkozy. 40 mld franków (ok. 6 mld euro) miało posłużyć na tworzenie miejsc pracy dla młodych i publiczne inwestycje budowlane. Państwo miało nadzieję spłacić kredyt z pieniędzy z prywatyzacji. Dochody okazały się jednak niewystarczające i musiało dopłacić. Skutki były co najmniej wątpliwe -
bezrobocie wśród młodych to nadal szczególna bolączka Francji.