Waszyngton jest "zaszokowany" wczorajszą decyzją izraelskiego rządu, który zaaprobował budowę nowych 900 domów we wschodniej Jerozolimie, na spornych z Palestyńczykami terenach okupowanych od 1967 roku
Premier Benjamin Netanjahu uważa, że decyzja jest w gruncie rzeczy rutynowa, i podkreśla, że nie zamierza z nikim - ani z Palestyńczykami, ani z Amerykanami - konsultować inwestycji we wschodniej Jerozolimie. Wprawdzie Izraelczycy zajęli ją razem z całym Zachodnim Brzegiem po wojnie sześciodniowej 1967 r., ale jej status jest dziś inny niż pozostałych okupowanych ziem. Wschodnią Jerozolimę oficjalnie przyłączono do Izraela, stała się częścią jego "zjednoczonej i niepodzielnej" stolicy - choć ani ONZ, ani większość krajów świata, z USA włącznie, tego nie uznała.
Jednak w Waszyngtonie "rutynowa" decyzja Izraelczyków wywołała reakcję odbiegającą od rutyny. - Jesteśmy zaszokowani i przygnębieni - stwierdził rzecznik Białego Domu Robert Gibbs. Tak gorzkich słów pod adresem Izraelczyków Amerykanie dotąd nie używali, przynajmniej publicznie. - Właśnie pracujemy na wznowieniem negocjacji pokojowych i takie akcje utrudniają nam zadanie - wyjaśniał Gibbs.
Prezydent Barack Obama od miesięcy daremnie próbuje zmusić Izrael i Palestyńczyków do rozmów. Jego wytężone bliskowschodnie wysiłki rozbijają się o mur obojętności Netanjahu, który z Palestyńczykami rozmawiać po prostu nie chce. Izraelska prawica nie zamierza oddawać części terytoriów zajętych w 1967 r., ponadto uważa, że Palestyńczycy są obecnie tak skłóceni wewnętrznie, że nie dotrzymaliby żadnych umów. - Rozbudowa osiedli żydowskich nie uczyni Izraela bezpieczniejszym. Przeciwnie, wywołuje u Palestyńczyków zgorzknienie, które może być bardzo niebezpieczne - przestrzegał wczoraj Obama.
Istotnie, w ostatnich tygodniach desperacja palestyńskich polityków stała się aż nadto widoczna. Prezydent Autonomii Mahmud Abbas zapowiedział, że nie będzie ubiegał się o reelekcję, bo Izrael wciąż rozbudowuje osiedla i proces pokojowy umarł. Zgłosił też rozpaczliwy, niemający szans na realizację postulat: niech ONZ choć symbolicznie uzna niepodległość Palestyny ze stolicą we wschodniej Jerozolimie.
Abbas jest przywódcą tej grupy umiarkowanych Palestyńczyków, którzy w latach 90. zgodzili się na układ z Izraelem i zrezygnowali z walki zbrojnej w zamian za utworzenie Autonomii i obietnicę niepodległości. Po kilkunastu latach "umiarkowani" są coraz bardziej świadomi bezsilności i klęski. Stracili już władzę w Strefie Gazy na rzecz radykalnego Hamasu, który twierdzi, że do Izraelczyków przemawiają tylko argumenty siłowe, dlatego trzeba walczyć, a nie rozmawiać. Dla wielu Palestyńczyków decyzja o budowie 900 kolejnych domów we wschodniej Jerozolimie będzie dowodem, że to Hamas ma rację, a nie bezradny Abbas i jego doradcy.