Kosowo testuje demokrację

Po raz pierwszy od ogłoszenia niepodległości mieszkańcy Kosowa, albańskiej enklawy, która oderwała się od Serbii, wybierali wczoraj władze lokalne. Głosowała też mała grupa kosowskich Serbów
Wybory były najpoważniejszym testem z demokracji, jaki dwumilionowe Kosowo zdawało od czasu oderwania się od Serbii 17 lutego 2008 roku. Gdyby nie obrzucenie samochodu premiera Hashima Thaçi kamieniami oraz strzały do jednego z przeciwników szefa rządu, kampania wyborcza przebiegałaby spokojnie. Co nie znaczy, że sytuacja w Kosowie, które wielu Serbów uważa za kolebkę państwowości serbskiej, stała się prosta.

- Chciałbym, aby Graczanica znajdowała się na Hawajach. Wtedy myślelibyśmy tylko o palmach i pięknych kobietach. Niestety, Graczanica jest koło Prisztiny, a my mieszkamy pośród Albańczyków. Jeśli nie będziemy głosować, to w samorządzie nie będzie naszych, a ich miejsca zajmą Albańczycy - mówi Nebojsza Perić, jeden z siedmiu kandydatów na burmistrza 13-tysięcznej Graczanicy leżącej 11 km od Prisztiny.

W Graczanicy 85 proc. ludności to Serbowie. Albańczyków jest tu niecałe 4 proc., reszta to Romowie. Statystyki podobnie jak w innych serbskich enklawach są tu zupełnie inne niż w całym Kosowie, gdzie Albańczycy stanowią 90 proc. ludności.

Choć Kosowo ogłosiło niepodległość, a z Graczanicy do stolicy Serbii jest ponad 300 km, to Belgrad, a nie Prisztina, rozdaje w miasteczku karty. Belgrad wypłaca pensje pracownikom szpitala, szkół i całej administracji, daje zasiłki bezrobotnym. Aby zachęcić Serbów do pozostania w Kosowie, wszystkie wynagrodzenia są tu o 50 proc. wyższe niż w samej Serbii.

Ale Perić stracił wiarę w pomoc Belgradu. Dlatego wystartował w wyborach zorganizowanych przez władze Kosowa, których Belgrad nie uznaje, choć jeszcze kilka lat temu działał w tzw. strukturach paralelnych, czyli serbskiej administracji. Tej z kolei nie uznają Albańczycy, za to finansują ją Serbowie. - Za to, że startuję, najpierw zwolnili mnie z pracy, a teraz nie mam już nawet ubezpieczenia medycznego - mówi Perić.

Wielu mieszkańców Graczanicy uważa, że Perić to zdrajca, bo popiera "albańskie wybory", czyli pośrednio uznaje niepodległość Kosowa. - Sprzedał skórę Albańczykom - mówi Sasza, który jak większość kosowskich Serbów ignoruje wybory.

Ale w tym roku pierwszy raz od 10 lat, które minęły od zakończenia wojny między Serbami a kosowskimi Albańczykami, nie wszyscy Serbowie bojkotują te wybory. Jak wynikało z sondaży, w zależności od regionu od 10 do 30 proc. ludności serbskiej chciało głosować. Niezły wynik, skoro w całym Kosowie na wybory miało pójść ok. 40 proc. Albańczyków.

Łącznie swych kandydatów na burmistrzów i radnych w 36 gminach mogło wczoraj wybierać ponad 1,5 mln mieszkańców Kosowa. Wstępne wyniki głosowania poznamy dziś, ale jeśli faktycznie część Serbów zagłosowała, w niektórych gminach nastąpi przełom i Serbowie wejdą do administracji lokalnej.

- Na początku sytuacja będzie trudna, bo obok nas będą działały władze lokalne wybrane w sierpniu w wyborach serbskich. Ale liczymy, że ten stan dosyć szybko się skończy, bo Belgrad przestanie finansować te struktury - uważa Perić.

Serbowie z Kosowa, którzy w sierpniu poszli do wyborów, zrobili to dlatego, że trwa proces decentralizacji polegający na tworzeniu nowych gmin, gdzie wyraźną większość stanowią Serbowie. Jedną z tych gmin, których do maja 2009 ma być pięć, a na razie powstały trzy, jest właśnie Graczanica. Część jej mieszkańców uważa, że po uznaniu niepodległości Kosowa m.in. przez 22 z 27 krajów UE i USA nie można ignorować rzeczywistości i trzeba wprowadzić ludzi do struktur samorządowych.

Ale niedzielne wybory miały największe znaczenie dla Albańczyków. Po raz pierwszy organizowali je sami mieszkańcy Kosowa, a nie rządzący tu przed ogłoszeniem niepodległości przedstawiciele ONZ i innych instytucji międzynarodowych.

Gdy Kosowo oderwało się od Serbii, powstała tu m.in. komisja wyborcza, sąd konstytucyjny, wywiad, siły bezpieczeństwa. Ludność mogła też ocenić działania rządu premiera Hashima Thaçi, byłego członka Armii Wyzwolenia Kosowa, który rządzi od stycznia 2008. Jego Demokratyczna Partia Kosowa (PDK) wciąż jest najpopularniejsza i ma szansę wygrać wybory lokalne.

- W Prisztinie mamy prąd, z ulic znikły więc generatory, wzrosły wynagrodzenia, coraz więcej ludzi płaci podatki, łatwiej załatwić sprawy w urzędach, powstają drogi - wylicza Vlora, studentka z Prisztiny.

Prawnik Bekim nie jest już tak zadowolony: - Korupcja dobija gospodarkę, przetargi wygrywają wciąż te same firmy, często należące osób ustawionych politycznie. Wody w mieszkaniach nie ma przez większość dnia, a na prowincji brakuje prądu.

Bez względu na wyniki niedzielne głosowanie było też pierwszą poważną próbą sił dla kosowskich partii przed wyborami parlamentarnymi. Choć ich termin nie jest znany, zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami mogą się odbyć minimum po upływie dwóch lat od ogłoszenia konstytucji Kosowa. Czyli nie wcześniej niż w czerwcu 2010 roku. Patrząc na kampanię w wyborach lokalnych, widać, że ta parlamentarna faktycznie już się rozpoczęła i będzie wyjątkowo zacięta.

Autorka jest dziennikarką Polskiego Radia