Unia Europejska będzie miała od 1 grudnia, kiedy wejdzie w życie traktat lizboński, swego prezydenta (stałego przewodniczącego Rady Europejskiej) oraz szefa dyplomacji, czyli człowieka z "numerem telefonu do Europy", na którego brak Henry Kissinger narzekał w latach 70. Oba nowe urzędy powinny zostać obsadzone na szczycie UE w najbliższy czwartek.
Wprawdzie Szwecja, która przewodniczy obecnie Unii, odrzuciła niedawną propozycję Polaków, aby kandydaci na dwie nowe posady najpierw przedstawili swój program i dopiero potem prosili o zatwierdzenie na szczycie, ale Warszawa nie rezygnuje z obrony idei castingu. - Polska stała się dzięki temu pomysłowi jednym z ośrodków negocjacji przed czwartkowym szczytem - słyszymy od wysoko postawionych rozmówców w polskim rządzie.
Do Tuska zaczęli telefonować przywódcy z innych krajów UE - zarówno tych małych, jak i dużych. W czwartek polski premier rozmawiał o nominacjach m.in. z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Trwają też regularne konsultacje na szczeblu MSZ. Warszawa gra mocną kartą - nie w obronie własnego człowieka, ale w imię zasady bardziej przejrzystej i demokratycznej Unii. Deficyt demokracji to jeden z podstawowych zarzutów stawianych Unii przez jej obywateli.
Nasi rozmówcy przekonują, że szwedzki premier Frederik Reinfeldt popełnił błąd, kiedy szybko i otwarcie opowiedział się za zakulisowymi rozmowami o obsadzie prezydenta i szefa UE. Propozycja Polaków zaczęła już bowiem żyć własnym życiem w Brukseli i spodobała się w wielu stolicach. Jak się dowiadujemy, w poniedziałek na spotkaniu szefów dyplomacji krajów UE minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski przejdzie do kolejnej ofensywy w tej kwestii. - Walka o zasadę castingu nie jest bez szans - mówi jeden z zachodnich dyplomatów.
Nasi rozmówcy przyznają, że mniejsze państwa UE proszą Polskę o mediacje w sprawie swych kandydatów. Duzi pytają, o co dokładnie chodzi, i starają się o polskie poparcie. Wbrew twierdzeniom Szwedów, że casting nie może się udać z powodu niechęci europejskich polityków do otwartego kandydowania bez pewności zwycięstwa, pojawiło się już oficjalnie kilka nazwisk.
- Unia powinna skończyć z tym szemraniem za zamkniętymi drzwiami. To przypomina mi czasy Związku Radzieckiego. Mówię otwarcie, że ja chcę kandydować na prezydenta Unii - zadeklarowała była łotewska prezydent Vaira Vike-Freiberga. Także rząd Estonii zgłosił swego obecnego prezydenta Toomasa Hendrika Ilvesa na prezydenta UE bądź szefa dyplomacji. Chęci kandydowania nie ukrywa też były rumuński minister spraw zagranicznych i europoseł Adrian Severin.
Czy kandydaci z nowej Europy mają jakiekolwiek szanse? - Nie ma na razie koalicji nowych krajów członkowskich na rzecz jednego nazwiska. A bez tego trudno będzie coś ugrać - mówią nasi rozmówcy w Brukseli.
Polsce zależy głównie na dobrej obsadzie szefa dyplomacji. - Ostatecznie można by odpuścić przesłuchania kandydatów w Brukseli, ale niech się ujawnią i zarysują swe programy np. podczas otwartych wykładów jeszcze przed czwartkowym szczytem - mówi jeden z naszych dyplomatów.
Polski ambasador przy UE miał zastrzeżenia wobec jednego z faworytów na szefa dyplomacji - Massima D'Alemy, którego wadą miałaby być przeszłość we włoskiej partii komunistycznej. Wczoraj przeciw tej opinii zaprotestowali eurodeputowani z SLD-UP.
Opinią lidera wyścigu o prezydenturę Unii cieszy się belgijski premier Herman Van Rompuy, ale wedle polskich źródeł równe szanse mają wszyscy trzej szefowie rządów krajów Beneluksu. Są silnie zaangażowani w integrację, a jednocześnie dostatecznie słabi, aby nie zagarniać kompetencji stolic UE.
Polsce odpowiada Van Rompuy, bo nie naciska na cięcie budżetu UE jak szef holenderskiego rządu Jan Peter Balkenende. Z kolei Angela Merkel ma się wahać między Holendrem a Luksemburczykiem Jeanem-Claude'em Junckerem.