To pierwszy we Francji przypadek, gdy lekarze sądzeni byli za uratowanie życia. Kontrowersyjny wyrok opisał
dziennik "Le Figaro", a za nim inne francuskie media. Chodzi o przypadek z 2002 r., gdy w szpitalu na południu Francji urodził się chory na rzadką chorobę genetyczną chłopiec. Jego serce już w trakcie porodu spowolniło, a po urodzeniu przestało bić. Lekarze rozpoczęli reanimację. Po 20 minutach poinformowali rodziców, że chłopiec nie żyje.
Mimo to lekarze kontynuowali reanimację i po kolejnych kilku minutach serce dziecka zaczęło pracować. Jego mózg przez co najmniej 20 minut był jednak pozbawiony tlenu. Po takim czasie uszkodzenia są zwykle bardzo poważne. Chłopiec, który ma dziś siedem lat, ma sparaliżowane kończyny i gorset, który podtrzymuje mu kręgosłup. Jest upośledzony umysłowo, cierpi na epilepsję i szereg innych schorzeń.
Sprawę przeciw szpitalowi wytoczył ojciec chłopca. - Właściwą decyzją byłoby pozwolić śmierci nadejść w sposób naturalny - mówił w jego imieniu adwokat. Do takiego rozumowania przychylił się sąd. Uznał, że "lekarze w sposób nadmiernie uporczywy prowadzili procedury medyczne, nie biorąc pod uwagę szkodliwych konsekwencji, które były bardzo łatwe do przewidzenia".
Sąd oparł się na prawie z 1995 r., według którego lekarze "w każdych okolicznościach powinni starać się ulżyć cierpieniu chorego, wspierać go moralnie i unikać nadmiernie uporczywych badań i terapii".
Wyrok zapadł już w czerwcu, lecz dopiero teraz został ujawniony przez media. Szpital się od niego nie odwołał. Jak twierdzą jego szefowie w oświadczeniu przekazanym agencji AFP, nie zgadzają się z nim, lecz nie chcą przedłużać i tak już długiego oraz bolesnego dla rodziny procesu.
Obie strony podkreślały, że wyrok nie powinien być precedensem, bo każdy przypadek reanimacji czy leczenia jest inny. Jest jednak oczywiste, że takim precedensem będzie i że lekarze mogą się teraz zastanawiać, czy ratując ciężko uszkodzonego pacjenta, nie narażają się na proces.
Ojciec chłopca zażądał 500 tys. euro odszkodowania, które ma pójść na podwyższenie komfortu życia rodziny. Ile dostanie, będzie zależało od ekspertyz, które wskażą, jakie wady i choroby chłopca były wrodzone, a które spowodowali swym działaniem lekarze.
- Jako lekarze wiemy, że gdy mózg jest pozbawiony tlenu więcej niż trzy minuty, spowoduje to poważne konsekwencje. Rozmiar tych konsekwencji poznajemy jednak dopiero, gdy dziecko zostało już zreanimowane. Reanimowanie to część naszego zawodu - mówi "Le Figaro" lekarz z Paryża, który nie chce podać swojego nazwiska.
Ostra debata wybuchła także wśród internautów. Jedni twierdzą, że "skoro szpitale skazuje się za to, że ratują życie pacjentów, to niebawem trzeba się będzie leczyć w rzeźniach". Inni zwracają uwagę, że zważywszy stan chłopca, "uratowano niewiele". Inni przypominają wyjątkowe przypadki powrotu do normalnego życia ze stanu śmierci klinicznej, lecz także cierpienia dzieci żyjących z poważnymi uszkodzeniami i ich rodzin.